O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

Festiwal Maroka
Zagubiony
w Elektrociepłowni

Sztokholm i Uppsala
Światło Kraków
Kampania medialna
Wystawa w Bielsku Białej
Aukcja w Krzysztoforach
oo. Kameduli -
400 lat w samotności

Magia i mgła
Krajobrazy serdeczne




Festiwal Barwy Świata: Maroko w Krakowie 19 - 23 X 2011



   


Recenzje z wystawy:



Pamiętnik reżysera festiwalu

Barwy Świata: Maroko w Krakowie  19 - 23 X 2011

Niedzielny wieczór 23 X...

...w „Klimatach Południa” ustawiono stoły w podkowę, polscy kucharze wnieśli marokańskie potrawy, kelnerzy rozlali wina, a Wojtek Sochaczewski zagrał na bębnie wielki galop z Zimbabwe. Wolontariusze i organizatorzy festiwalu „Barwy Świata: Maroko w Krakowie” – zainaugurowali zasłużoną fetę – po 8 miesiącach ciężkiej pracy i 5 dniach festiwalowego transu – szczęśliwi, chociaż wykończeni.

Galop na bębnie był specjalnie dla mnie. Zaledwie kilka dni wcześniej fotografowałem słonie i podchodziłem zebry w Hwange National Park, medytowałem nad wodospadami Wiktorii, płynąłem barką po Zambezi, popijając wspaniałe, zimne piwo o tej samej nazwie. Byłem na Sanganai – wielkim spotkaniu kultur południowej Afryki. Byłem w raju. W jego wielkim i mistycznym centrum. A zaraz później znalazłem się na scenie Śródmiejskiego Ośrodka Kultury, gdzie odpaliliśmy 25 imprez. Festiwal „Barwy Świata: Maroko w Krakowie” przeszedł przez miasto jak burza i był naprawdę fantastyczny.

Jak to się wszystko zaczęło?

Początek marca 2011

 W ambasadzie Maroka, opowiedziałem o podróży pierwszego Polaka – Jana Potockiego – na Zachód Orientu, która wypadła równo 220 lat temu. Mówiłem o partnerstwie Krakowa i Fezu, relacjonowałem własne wyprawy... i tak, od słowa do słowa... zostałem zaproszony na przyjęcie.

Kolację przygotowała piękna, czarnowłosa żona konsula, w fantastycznej, czerwonej sukni. Na stole stało ze 60 potraw – pikantnych przystawek, tadżinów, kuskusów, była pastilla, były słodkie ciasteczka – a mocne wino lało się jak woda. Konsul grał na gitarze i śpiewał po francusku:

„...pendant que je chantais,

pendant que je t’aimais,

pendant que je revais,

il etait encore temps...”.

A jego piękna małżonka opowiadała o życiu dworskim i o Tuaregach. Takiego wieczora można było uwierzyć we wszystko, nawet w to, że Maroccan Tourist Oficce przyśle do Krakowa samolot pełen kupców, kucharzy, artystów, a Jerzy Zoń zamieni Mały Rynek w plac Jemmaa El–Fna, ot tak, po prostu, dla kaprysu. Postanowiłem zrobić festiwal. Po raz pierwszy w życiu.

Przyjaciele zachwycili się pomysłem. Dr Adam Rybiński ofiarował na wystawę unikalną kolekcję portretów kobiet arabskich z początku poprzedniego stulecia. Józef Baran i Aśka Van der Brug postanowili przetłumaczyć wiersze Tuaregów, które miały zostać odczytane w Krakowskim Salonie Poezji Anny Dymnej, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Dr Katarzyna Jarecka Stępień z UJ zgodziła się zorganizować blok wykładowy i zostać dyrektorem imprezy, a Leszek Kolczyński – właściciel portalu Poezja Polska – dał lokal i ofiarował wsparcie. Wciąż jeszcze czekaliśmy na samolot pełen marokańskich artystów, na potwierdzenie wizyty burmistrza Fezu i na pieniądze z Royal Air...

Początek maja 2011...

...w Krakowie wybuchł festiwal afrykański. Dyrektor Filip Kitundu opowiadał mi zmęczonym głosem, jak codziennie oswaja lęk przed klęską. Był wykończony, zestresowany, szarpał się bez pieniędzy z ogromną imprezą – i pewnie by w końcu poległ, gdyby nie wolontariusze – fantastyczna młodzież z uniwersytetu. Filip obiecał mi przekazać swoich ludzi. Ludzie byli chętni.

Wkrótce potem z pomocą przyszło miasto. Dało sale, plakaty, zaproszenia, zorganizowało promocję w autobusach, ofiarowało niewielką, chociaż bardzo ważną kwotę... I gdyby jeszcze przyleciał obiecany samolot – zmienilibyśmy Kraków w arabeskę.

Czerwiec 2011...

...impreza zaczęła się rozrastać. Z zaplanowanej jednej, mojej, wystawy fotograficznej – zrobiły się cztery. Paulina Sobieszkoda sprowadziła 10 filmów, które postanowiła wyświetlać w 2 różnych miejscach Krakowa. Dominika Kustosz ściągnęła sklepy z marokańskim rzemiosłem – nawet z Marrakeszu. Kasia Jarecka organizowała wykłady, imprezy dla dzieci i młodzieży. Do festiwalu dołączały organizacje, instytucje, życzliwi ludzie, eksperci, darczyńcy, sponsorzy, przyjaciele... Antoni Bartosz. Anna Gawron. Janusz Paluch. Paweł Głowacki. Anna Dymna, pani prof. Aleksandra Kasznik Christian, pani mecenas Janina Zielonka... Ruszyła maszyna, której nie dało się już zatrzymać.

Październik 2011

...i wtedy wyjechałem do Zimbabwe. Do kraju, gdzie krokodyl zjada słońce. Gdzie wielka, prastara kultura sąsiaduje z oszałamiającą naturą. Gdzie wieczór zachodzi krwawo nad Zambezi. Gdzie duchy tańczą nad wodospadami Wiktorii, gdzie Livingstone i Rhodez... I mówiąc szczerze, marzyłem tylko o tym, żeby tu pozostać. Niestety – zbliżał się festiwal.

Czy to prawda, że wszedłem na scenę prosto z samolotu? Prawie tak, chyba, być może – nie pamiętam. W oczach wirowały mi jeszcze obrazy Great Zimbabwe... a dookoła arabskie tancerki robiły taniec brzucha. W uszach miałem cudowne dźwięki mbiry, tymczasem wkoło grały bębny. Przed chwilą jadłem krokodyla – wszędzie wkoło rozdają słodkie ciasteczka. Toczy się festiwal... Marcin Wilk snuje opowieść o Potockim. Daria Arsenicz i Yousef Sh’hadeh czytają poezje arabskie, tańczą Hayfa Hazine i Małgosia Kujawa, doktor Kasia prowadzi warsztaty kaligrafii arabskiej, Soufiane Azzane opowiada o Maroku, kucharze z Shisha Clubu rozdają harirę i herbatę miętową...

Festiwal szedł jak burza, aż do oszałamiającego pięknem poezji Salonu Anny Dymnej. I chociaż samolot z Rabatu nie przyleciał, choć udział Marokańczyków ograniczył się do ofiarowania nam 24 flaszek wina, choć ambasador nie trafił na otwarcie imprezy ani na własną konferencję prasową (a przecież był w Krakowie) – trudno. W niedzielę świętowaliśmy zwycięstwo. Wielki Finał.

PS Bardzo dziękuję wszystkim wolontariuszom: Basi Zarębie, Marcie Krakowieckiej, Karolinie Koźlak, Bartkowi Przybylskiemu, Monice Czerniejewskiej, Agnieszce Gabriel, Kamili Klimuszko, Agnieszce Siewicz – wszystkim, którzy poświęcili się dla... Krakowa i Afryki.

Dziękuję najserdeczniej i najpiękniej jak umiem „Dziennikowi Polskiemu”, a szczególnie – red. Piotrowi Legutce, Marcinowi Baranowi, Wackowi Krupińskiemu, Markowi Długopolskiemu, Zbyszkowi Bartusiowi, Tomkowi Jamrozikowi i Agnieszce Malatyńskiej.

Dziękuję krakowskim Rotarianom za sponsoring.

Jakub Ciećkiewicz