O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

Festiwal Maroka
Zagubiony
w Elektrociepłowni

Sztokholm i Uppsala
Światło Kraków
Kampania medialna
Wystawa w Bielsku Białej
Aukcja w Krzysztoforach
oo. Kameduli -
400 lat w samotności

Magia i mgła
Krajobrazy serdeczne




Zaproszenie na promocję albumu "Światło Kraków" do Wierzynka 8 XII 2005



Recenzje z wystawy:



Czarny płaszcz

„Dziennik Polski”, 10.11.2005

Ten, który w "Ulissesie" Jamesa Joyce'a przez ulepiony ze słów Dublin bez wytchnienia kroczy okutany odwiecznym brunatnym prochowcem - nie ma twarzy, nie ma imienia, nie ma adresu. Jest tym, którego nikt nie zna. Jest nieustającym przechodzeniem z jakiegoś tu w jakieś tam, z jakiegoś tam w jakieś tu. Perypatetyczny znak zapytania.

Niespieszna brunatność pana bez twarzy krzesze lęk w oczach znieruchomiałego Miasta. Pierwszy raz mignie na pogrzebie Paddy'ego Dignama. Gdy trumna sunie do grobu, Leopold Bloom szepce do siebie: "A któż to jest ten wysoki dryblas w macintoshu? /.../ Dałbym odrobinę, żeby wiedzieć /.../ Jestem trzynasty. Nie. Ten facet w macintoshu jest trzynasty. Liczba oznaczająca śmierć. Skąd, do diabła, wyskoczył? Nie było go w kaplicy, mogę na to przysiąc". Później wyskoczy jeszcze dziesięć razy - i zniknie. Dowiemy się tylko, że je suchy chleb. I że jest przeraźliwym chudzielcem.

Tak, chudy ruch, chudy krok. Chude wędrowanie, które po jedenastu swych brunatnych niespiesznych mignięciach gdzieś przepada, zostawiając kamienice pełne zdumienia. I co? Koniec?

Nie. Wiem już, gdzie zniknął człowiek w brunatnym prochowcu. Wiem, bo smakuję księgę "Światło Kraków", co ją Józef Baran z wierszy swoich i Jakub Ciećkiewicz ze swych fotografii - ulepili. Smakuję wersy i kadry, smakuję karta po karcie, czytam, patrzę. Czuję się, jakbym szedł. I w samym środku księgi - kamienieję. Po lewej słowa Barana. "/.../ stale/ jest apetyt na dalszy ciąg/ a każde zakończenie/ wydaje się przedwczesne". Po prawej - on! Wielkie zdjęcie - stalowy most i on na stalowym moście. On widziany od tyłu. Plecy, szal, kapelusz. Twarz nieosiągalna. Idzie.

Więc jednak tamto zakończenie było zakończeniem przedwczesnym? Tak. Pan w brunatnym prochowcu, brunatny chudzielec, który ongiś szedł przez napisane Miasto, teraz, na zdjęciu Ciećkiewicza, w cieniu słów Barana, idzie przez stalowy most nad Wisłą. Zmienił prochowiec. Teraz gustuje w czerni. Idzie, jak wtedy szedł. Z jakiegoś skądś do jakiegoś dokądś.

Wędruje przez moje Miasto, skamieniałe jak napisany Dublin. Poeta rzekłby może - idzie przez Miasto nieruchome jak strzała Eleaty. Baran i Ciećkiewicz go prowadzą. Albo on ich prowadzi. Obojętne. Pan w czarnym prochowcu i czarnym kapeluszu, pan bez twarzy, imienia, adresu, pan, którego nikt nie zna, jest widzialny tylko tu, na stalowym moście. Ale jest wszędzie. W każdej fotografii Ciećkiewicza. Pod każdą literą Barana.

Może taki bohater jest niezbędny? Może jest tak, że nie da się dotknąć tajemnicy skamieniałych, wiecznych Miast, bez pomocy niespiesznego kroku wędrowców, co są jak duchy okutane brunatnością bądź czernią? Może sednem Miasta jest niepoliczalny ogrom oddechów, co je tu umierający na zawsze zostawili? Może nic z Miasta pojąć nie sposób bez pilnego wsłuchania się w szemrzące szyfry anonimowych butów na moście spajającym milczące brzegi Miasta?

Lepiej nie odpowiadać. Jak i lepiej nie wiedzieć, kim właściwie był, co symbolizował tamten pan w brunatnym prochowcu. Lepiej ruszyć się i pójść. I iść. Całkiem jak pan w czarnym prochowcu. Idę więc.

"Światło Kraków". Zachwycający tytuł. Nie "Światło Krakowa", tylko właśnie "Światło Kraków". Inaczej się nie da, bo to światło ma na imię - Kraków. Światło, jasność, ciemność, szarość, a wszystko, jak naucza jeden z rozdziałów księgi - Blask. Blask Kraków.

Pan w czarnym macintoshu i czarnym borsalino wędruje więc przez Blask skamieniałego Miasta. Idzie przez Blask i niknie w Blasku, przez Barana zapisanym, przez Ciećkiewicza na wieczność w prostokątach zdjęć zamkniętym. Niknie w blasku mgły jesiennego zmierzchu gdzieś na końcu Grodzkiej. W blasku gołębi unieruchomionych nad brązowym pomnikiem Jagiełły. W blasku mokrego bruku na Rynku. W blasku żółtego płomyka latarni pod arkadami Sukiennic. W blasku łba dorożkarskiego konia, co łapie trop Mistrza Ildefonsa...

Dziwnie, z jakimś dziwnym gatunkiem lęku w oku "wędruje się" przez fotografie Ciećkiewicza i kruche wersy Barana. Dziwnie, bo wersy i podobizny pełne są nieuchwytnych śladów tego trzeciego, co tu był, ale poszedł już. Chudzina? Jadł suchy chleb? Na to też nie odpowiadajmy. Niechaj wystarczy, że tu był.

Był w blasku srebrnego szronu listopadowych traw na Błoniach. W blasku białej brody mnicha, który za murami klasztoru na Srebrnej Górze z jakiegoś skądś do jakiegoś dokądś wędruje, podpierając się czarną laską. W blasku skrzypiec ślepego Cygana, który dawno temu najciszej pod słońcem się rozpłynął. W blasku znicza. W blasku rynny zakończonej stalowym pyskiem smoka. W blasku precla. W blasku wszystkiego. Był, ale już jest właśnie - nieuchwytny.

Może jest też tak, że treść skamieniałych Miast to nieuchwytność, bo finalna, śmiertelna nieuchwytność jest zasadą ludzi skamieniałych Miast? Może zatem specjalność księgi Ciećkiewicza i Barana polega na tym, że tańcowaniem swych obrazów i słów - musnęli nieuchwytność? To też dobrze jest przemilczeć. Na 53. karcie księgi "Światło Kraków" pan w czarnym prochowcu i czarnym kapeluszu idzie przez stalowy most mego skamieniałego Miasta. Krzesze dobry lęk. Widzę jego plecy. I to wystarcza.

PAWEŁ GŁOWACKI


'Światło Kraków"

Relacja w miesięczniku "Pracodawca"

Jakub Ciećkiewicz, dziennikarz i fotografik, wydał niezwykły album zatytułowany „Światło Kraków”. Zebrał w nim zdjęcia drogiego mu miasta i poezję Józefa Barana pięknie słowami Kraków opisującą.

- 9 października 2005 roku o piątej rano byłem bardzo szczęśliwym człowiekiem – wspomina autor książki Jakub Ciećkiewicz. – Stałem przed drukarnią i oglądałem „Światło Kraków”. Było to niezapomniane przeżycie, a ja miałem prawo być szczęśliwy, bowiem zrealizowałem marzenie, które tkwiło we mnie przez trzy lata.

Przez cały ten czas fotografował. A nie było to łatwe, bowiem wielu „znawców tematu” uważa, że Kraków zdjęciowo jest już wyeksploatowany… Poprosił też swego przyjaciela Józefa Barana o zgodę na wykorzystanie jego wierszy. - Ja nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tyle napisałem o Krakowie. Dopiero Jakub mi to uświadomił… - przyznaje poeta.

Ale to nie koniec opowieści. - Nauczyłem się obsługiwać skaner, co wcale nie było takie proste… - przyznaje się Ciećkiewicz. – Uporałem się z kłopotami finansowymi, po czym wydrukowałem album. I właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jest mój… O ile autorstwo wierszy Józefa Barana jest oczywiste, o tyle moje całego albumu już nie…

– To właśnie Kuba jest autorem książki! – oburza się Józef Baran. Jednak autor fotografii widzi rzecz całą nieco inaczej: - W pracach nad „Światłem Kraków” brało udział wiele osób. Zupełnie nie wiem, jak doszło do tego, że tylu poważnych ludzi uwierzyło, iż ten album powstanie. I to jest chyba mój największy sukces – ocenia Jakub Ciećkiewicz.

I rzeczywiście: lista „zaangażowanych” w „Światło Kraków” jest bardzo długa. Pomagali radą, własną pracą, pieniędzmi lub chociażby dobrym słowem. Mimo to kłopoty nie opuszczały krakowskiego fotografika ani na krok. Kiedy maszyny drukarskie czekały w pełnej gotowości, okazało się, że za druk nie będzie czym zapłacić. – Wtedy z finansową pomocą przyszła mi Elektrociepłownia Kraków – wspomina Jakub Ciećkiewicz. Wsparła artystę i książka się ukazała.

***

Jakub Ciećkiewicz, na co dzień redaktor w „Dzienniku Polskim”, nie ukrywa, że pracując nad albumem zapukał do wielu drzwi. O pomoc prosił nie tylko firmy, ale i przyjaciół. Kiedy wyczerpał już wszelkie możliwości, postanowił zwrócić się do instytucji najbardziej w Krakowie ze światłem związanych. W pierwszej dowiedział się, że „ta książka nie przedstawia dla firmy żadnej wartości, nawet wartości dodanej…”. W drugiej otrzymal nie tylko pomoc. Nawiązała się współpraca - przez najbliższe 12 miesięcy, o różnych porach roku, fotograf wykona w elektrociepłowni setki zdjęć, zrobi też sesję menedżerom z zarządu… A przy każdej, nadarzającej się okazji nie zapomni pewnie wspomnieć o EC.

DARIUSZ WOJTALA,

Miesięcznik „Pracodawca”


W blasku światła

Dziennik Polski 9 XII 2005

Album fotograficzno-poetycki "Światło Kraków" stał się wczoraj bohaterem wieczoru w podziemiach restauracji "Wierzynek". Podczas kameralnego spotkania nastrojowym i klimatycznym obrazom towarzyszyły poruszające wersy... Do pisania o "Świetle Kraków" czujemy się szczególnie powołani, gdyż całość powstała w zasadzie w redakcji "Dziennika Polskiego". Za albumem stoją bowiem dwie dobrze znane z łamów naszej gazety osoby.

Pierwszą z nich jest Józef Baran, klasyk współczesnej poezji, notowany przez podręczniki szkolne i uniwersyteckie. On użyczył dla projektu swoje wiersze. Drugą postacią jest redaktor "Dziennika", szef sobotniego wydania gazety, Jakub Ciećkiewicz. Wystąpiwszy w odmiennej niż zazwyczaj roli, tym razem zaprezentował swój talent fotograficzny.

- Fotografia jest językiem ciszy i skupienia. Językiem, w którym wyjątkowo łatwo mi się schronić. Bywa okrutna, bo obnaża każdą słabość autora, ale jednocześnie jest wspaniała: demokratyczna i egalitarna - mówił autor zdjęć portretujących miasto w różnych nastrojach.

Albumem zachwycił się Jan Pieszczachowicz, mówiąc, że publikacja zaprasza do szerszej refleksji nad Krakowem. - Album pokazuje miasto melancholijne, a zarazem pełne dystynkcji. Także symbolika zdjęć jest wymowna: Ciećkiewicz dryfuje pomiędzy światłem a mrokiem, czyli pomiędzy nadzieją istnienia a głębszym namysłem nad życiem - tłumaczył redaktor naczelny miesięcznika "Kraków".

Podczas wczorajszego spotkania, obok opowieści o wizjach i przygodzie z fotografią - o czym wspominał również znany artysta fotografik Jacek Wrzesiński, można było również usłyszeć wybór wierszy Józefa Barana. Część z nich przeczytana została przez samego poetę, część przez znaną aktorkę Bożenę Adamik, pozostałych utworów wysłuchaliśmy w interpretacji wokalnej Elżbiety Wojnarowskiej. - Wiersze i fotografie to dwa autonomiczne zjawiska, ale w tym przypadku doskonale się komponują - mówił prowadzący wieczór red. Andrzej Kozioł. (MW)