O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

Zimbabwe
Maroko pdf
Algieria
Afryka
Afrykański
dla początkujących

Afryknski 2
Eseje
Religia
Reportaże
Wywiady
Horoskop roczny
Horoskop codzienny


Prowincjuszowska Odyseja Józefa Barana

Nie panegiryczny esej o twórczości przyjaciela


Z Józkiem na Targach Książki

„Do dwudziestego piątego roku życia nie miałem żadnych sukcesów i wszystko mi się źle układało, nie tak jak chciałem. Nie mogłem mówić tego co myślę, ani tego co czuję, bo niektórzy się ze mnie podśmiewali. Całe moje życie było wychodzeniem z piwnic, spod stołu..."

Józef Baran urodził się w 1947 roku w Borzęcinie. Prawdopodobnie 12 lub 13 stycznia. Matka poety nie jest tego całkowicie pewna, a rejestry Urzędu Stanu Cywilnego podają jeszcze inną, tym razem na pewno nieprawdziwą datę — 17 stycznia. Fakt ten, tyleż zabawny co symboliczny, dobrze określa czasy i środowisko, w którym autor Czułości przyszedł na świat — budzącą się do wolności powojenną wieś: z jej zapóźnieniami, z jej zbiorową pamięcią, sięgającą jedynie do istotnych wydarzeń. Najdalej — o jedno pokolenie wstecz.

„Pamięcią sięgałem tylko do babki Banachowej i babki Baranki, dziadków nie znałem, o pradziadkach niewiele wiedzieli rodzice. Dalej była już tylko mgła, mgła, z której wyłaniała się rodzinna legenda, przekazywana z dziadka na dziadka, że kiedyś przed wiekami przybyli w te okolice osadnicy z moim praszczurem Bachem, Niemcem czy Austriakiem, który był „indzinierem” i najważniejszym wśród tych osadników (może Tatarów?), karczujących bory (stąd nazwa — Borzęcin)".

Wieś chlubiła się 600-letnią tradycją historyczną (szczycić się mogła wydaniem na świat trzech literatów: poety — Pawła Staśko, pisarza — Jana Barana Baranowicza i dramaturga — Sławomira Mrożka), ale słynęła przede wszystkim z ludzkich temperamentów. Jedna z pamiętnych bójek, która doprowadziła do rozprawy między Borzęcinem Dolnym i Górnym, miała miejsce właśnie na chrzcinach poety. Jak podaje inna familijna legenda: w jej trakcie akuszerka wyniosła pospiesznie noworodka do własnej zagrody, a zdezorientowana rodzina Baranów poszukiwała go po okolicznych chałupach przez całą noc. Po raz pierwszy zagubił się więc poeta podczas fety wydanej z okazji jego przyjścia na świat.

Okres dzieciństwa, spędzony w rodzinnej wsi, Józef Baran tak oto wspomina po latach: „Urodziłem się nad śmierdzącą rzeką Uszwicą. Wychowałem — w komitywie z kurami, koniem, krowami, które długo pasałem, psami, kotami i ptakami. Pasanie krów było moim pierwszym zajęciem, wcale nie ulubionym, powiedziałbym nawet — galerniczym. Dla przyszłego pisania ten krowi epizod był jednak ważny o tyle, że z konieczności, żeby zabić czymś ten pusty czas na polnej dróżce, spędzany przy krowach — pożarłem wiele książek, gdy one skubały trawę..."

Edukacja literacka poety zaczęła się więc na „dróżce porośniętej trawą". Czytał wówczas baśnie, powieści historyczne i przygodowe, przysłane mu w paczce przez Jana Barana Baranowicza — nieznanego wuja, autora kilkudziesięciu książek. „To była moja jedyna biblioteczka" — powie w wywiadzie prasowym.

Dopiero, gdy miał dwanaście lat, w jego domu pojawił się głośnik, tzw. kołchoźnik. Do miasta pojechał po raz pierwszy w wieku dziesięciu lat. Wcześniej odbywał podróże z „wieży kościelnej". „Widziało się stamtąd sąsiednie wsie, poszerzało horyzonty dzieciństwa i stwierdzało naocznie, że oprócz tego jedynego — jak mi się początkowo wydawało — mojego świata, istnieją jeszcze cudze światy: Bielcze, Szczepanowy, Warysie, Radłowy, Dołęgi..." I może w związku z tym, jak to stwierdzi później, jego wyobraźnia „rodziła się na styku krajobrazu wiejskiego i baśniowego".

Wyobraźnia po latach narzuci mu obraz „wychodzenia z piwnic, spod stołu". Nic dziwnego. Poznawanie innych rzeczywistości, nowych kultur, cywilizacji, próba odnalezienia się w nich, a w końcu rodzące się pragnienie uporządkowania i zrozumienia świata — to schemat, który musiał zawładnąć biografią Józefa Barana na tych samych lub podobnych zasadach, jak biografiami wielu pisarzy nurtu chłopskiego. „Ludzi pogranicza", „z biografią przepołowioną na miasto i wieś". Wróćmy jednak do wspólnoty doświadczeń.

Swą prowincjuszowską odyseję rozpoczął w wieku 13 lat. Po ukończeniu szkoły podstawowej uczęszczał do liceum w Radłowie, Zasadniczej Szkoły Górniczej w Jaworznie, Technikum Górniczego w Wałbrzychu. Mieszkał w internatach. Marzył o karierze sportowej. I chyba nie bez powodu. Pierwsza notatka w prasie, wymieniająca nazwisko Barana (na łamach „Trybuny Wałbrzyskiej") przedstawia go jako utalentowanego bramkarza, reprezentanta juniorów Dolnego Śląska w piłce ręcznej. Ostatecznie jednak losy autora Naszych najszczerszych rozmów rozminęły się ze sportowym boiskiem. Przez rok penetrował korytarze kopalni — jako górnik stażysta. Później zapisał się na filologię polską w krakowskim Studium Nauczycielskim.

Podając fakty, które zaważyły na jego późniejszej, poetyckiej biografii, powie w jednym z wywiadów: „Byłem nieśmiały, napoleońskiego wzrostu, a do tego „rerałem”. Nie mówiąc już o nazwisku, doskonale nadającym się do przezwisk. A jednak (...) wiadomo było, że jak coś powiem „ścichapęk” — bo częściej mnie (koledzy — J.C.) do głosu nie dopuszczali, to będzie to powiedziane celnie, trafiające w sedno i śmieszne zarazem na tyle, by zakasować wielomównych. I to był zapewne zalążek mojej mowy poetyckiej. Mówić rzadko, krótko a celnie (...).

Odczuwałem od początku inność (...) ta moja inność towarzyszyła mi stale. W szkołach górniczych, a nawet na studiach i w pracy. Wśród moich rówieśników o duszach z grubsza ciosanych, którzy nie przeczytali żadnej książki w życiu — byłem za delikatny. Pośród maminsynków inteligenckich, dopieszczonych literaturą (...), odczuwałem jak garb swoją konkretność. Nigdzie nie mogłem się zmieścić z całą duszą. Dlatego zacząłem pisać, żeby udowodnić, że to ja właśnie mam rację".

Osobowość Józefa Barana ukształtowała się więc na styku trzech światów: wiejskiego (wychował się w rodzinie patriarchalnej, z głęboko zakorzenionymi zasadami etycznymi), robotniczego, który patronował jego internatowej młodości, a wreszcie inteligenckiego — świata sztuki i literatury, do którego aspirował. Ten ostatni, zdobyty przez poetę świat stwarzał dystans i perspektywę wobec wsi, a jednocześnie stanowił zaplecze kulturowe dla pierwszych poetyckich wycieczek w krainę dzieciństwa.

Wiersze zaczął pisać dosyć późno. Dopiero w czasie studiów nauczycielskich w Krakowie. Tu zetknął się i związał serdeczną przyjaźnią z Adamem Ziemianinem, podobnie jak on — prowincjuszem i debiutującym poetą. Tu pobierał pierwsze krytyczne lekcje w szkole Jerzego Harasymowicza: „Zacząłem pisać po prostu o sobie, swoim domu, sąsiadach, lepiłem tę opowieść z materiału znanego, by od tej ścieżki się oddalać i zataczać coraz szersze kręgi. Pierwszy wiersz wydrukowany przez Tadeusza Nowaka w "Tygodniku Kulturalnym" (w 1969 r.) miał właśnie te cechy, autentystyczne, choć o istnieniu autentyzmu nie miałem zielonego pojęcia..."

Co ciekawe — do dwudziestego roku życia Józef Baran nie zdawał sobie sprawy z istnienia poezji współczesnej. Język liryki szkolnej wydawał mu się sztuczny i napuszony (nawet Pan Tadeusz zadziwiał „niepotrzebną" ornamentyką). Nad jego wrażliwością ciążyło „myślenie chłopskie, konkretne, treściwe: Drzewo to drzewo, służy do rodzenia owoców, stawiania domu, grodzenia płotów, a nie do tego, by się nim zachwycać. Przez długi czas, jak sądzę, uważałem poezję za jakiś pański wymysł, nadwyżkę wyobrażeń, fanaberię".

Ale już pierwsze utwory poety zwróciły na siebie życzliwą uwagę literackiego środowiska. W latach 1968-1969 Baran wraz z Witem Jaworskim, Julianem Kornhauserem i Adamem Zagajewskim należał do grupy literackiej „Teraz", której debiut wywołał sporo krytycznego hałasu. Należał, lecz nie czuł wobec niej ideowego powinowactwa. W rzeczywistości, od publicystycznego, doraźnie interwencyjnego, politycznego wreszcie programu inteligenckiej Nowej Fali wyraźnie odstawał. Zawsze był outsiderem — nieufnym wobec magii wielkich słów. Lepiej czuł się w roli błazna niż maga.

W 1969 roku opuścił Kraków, by przez pięć kolejnych lat w samotności destylować styl i poetycką wyobraźnię. Pracował jako nauczyciel wiejski, najpierw w Grzechyni, później w Olszynach. Pisał wiersze, które weszły w skład tomu Na tyłach świata. Tu, na prowincji, ugruntowuje się w nim outsiderstwo, narasta fascynacja wyobraźnią Schulza i filozofią Leśmiana (ślady tej fascynacji widoczne są w pierwszych wierszach poety). Tu wiąże się także mocną przyjaźnią z tarnowskim malarzem, podobnie jak on samotnikiem — Andrzejem Lenartowiczem. W eseju pt. Malarz ludzkiej tęsknoty nazwie go po latach mistrzem swojej poetyckiej młodości.

„Lenartowicz nauczył mnie odróżniać w sztuce ziarno od plewy (...) Wiedział doskonale, że nie należy dostosowywać osobowości do mód. — Niech się mody dostosują do ciebie — mawiał pysznie i dodawał — Pisząc, malując, musisz być zawsze wierny temu co czujesz w sercu (...) To jego staromodne widzenie sztuki było dla mnie, poety z gorącą głową, ze wszech miar pouczające. Pozwalało zdystansować się od współczesności, od giełdy. Ustawić swoją twórczość w szerszej i odleglejszej perspektywie tradycji".

Lata spędzone na prowincji zaowocowały dwoma tomikami: Nasze najszczersze rozmowy wydane zostały w 1974 roku, Na tyłach świata w 1977. W tym czasie Józef Baran brał także udział w licznych konkursach poetyckich, m.in. trzykrotnie uzyskał nagrodę w konkursie im. Jana Śpiewaka, gdzie w roli jurorów wystąpili: Zbigniew Herbet, Jerzy Kwiatkowski i Anna Kamieńska. Utrzymywał także kontakt ze środowiskiem artystycznej bohemy Krakowa. Zwłaszcza z grupą „Tylicz" (należeli do niej: Adam Ziemianin, Andrzej Warzecha i Jerzy Gizella), do której, co prawda, nie przystąpił, lecz z którą był przez krytykę kojarzony. Publikował zaś wiersze najczęściej w „Tygodniku Powszechnym" (z pismem tym współpracował przez 10 lat).

Z kronikarskiej dokładności dodać należy jeszcze garść faktów biograficznych. W Olszynach poeta poznał swoją żonę Zofię, a w 1972 roku ożenił się (jest autorem dwóch udanych córek: Joanny i Ewy), a w roku następnym zamieszkał w Skawinie, gdzie przez dwa kolejne lata belfrował w szkole podstawowej. Tu pisał wiersze, które pomieszczone zostały w tomie Dopóki jeszcze (LSW 1957), a jednocześnie kończył studia zaoczne na filologii polskiej w krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Jego kolejne wcielenie, datujące się od 1975 roku, to dziennikarstwo. Józef Baran związał się wówczas na stałe z redakcją „Wieści", gdzie publikował reportaże, artykuły publicystyczne na tematy kulturalne, a także wywiady z pisarzami, poetami i malarzami, które wydane zostały w formie książkowej {Autor! Autor!, LSW 1986). Dopiero w 1980 roku przeniósł się do Krakowa, gdzie po latach starań otrzymał mieszkanie.

***

Recepcja krytyczna poezji Józefa Barana jest równie (a może jeszcze bardziej) interesująca jak jego biografia. Obfituje w pochwały i docinki, ma życzliwych sympatyków, nawet apologetów, a także przeciwników i antagonistów. Ale przede wszystkim, od samego początku, towarzyszy jej publiczność literacka — odbiór czytelniczy. Rzecz, której zrozumieć nie potrafią niechętni Baranowi recenzenci — jego kolejne tomiki nigdy nie leżały w księgarniach. Mimo że czasy nie zawsze sprzyjały lekturze wierszy, zwłaszcza utworów lirycznych, uchylających się od doraźnych celów społecznych.

Krytycznym promotorem poety był Jerzy Kwiatkowski, który na łamach „Twórczości", jako pierwszy, wydał znaczącą opinię o jego debiutanckiej książce: Naszych najszczerszych rozmowach. W felietonie pt. Ładny debiut pisał on m.in.: „Intelektualna raczej (niż wizjonerska), na koncepcie oparta wyobraźnia poety, żartobliwość i ironia, połączone z uwrażliwieniem na problematykę psychologiczną i egzystencjalną, jasna prostota języka — wszystko to zbliża poezję Józefa Barana ku temu nurtowi, któremu patronują dziś — każde na inny sposób — Zbigniew Herbert i Wisława Szymborska".

Powinowactwa dobrane trafnie, choć czas miał je zweryfikować. Baran nie dał się sprowadzić do nurtu poezji kulturowej, tak jak nie przystawał do Nowej Fali, „Tylicza", Nowej Prywatności. Był poetą oryginalnym, który nie potrzebował podpórek; ani manifestów programowych, ani autokrytycznej frazeologii. I takim właśnie dostrzegł go Artur Sandauer.

Kiedy w 1975 roku na rynku pojawił się drugi tomik poety: Dopóki jeszcze, wybitny krytyk włączył się do literackiej dyskusji, a mówiąc precyzyjniej — szerszą dyskusję nad jego twórczością dopiero wywołał: „Wszystkich najbardziej zaskoczyła opinia Sandauera — pisze Konstanty Pieńkosz w szkicu Poezja i Bezradność (Nowy Wyraz 1979). — Nadano jej zgoła demoniczne znaczenie, tak jakby zatrzęsła całą młodą poezją. Zdziwiło wszystkich, iż krytyk ten, nie wypowiadający się zwykle na temat nowości, dostrzegł nagle poetę i to rzeczywiście młodego. Zaczęły się podejrzenia, iż Sandauer nie czyta bieżącej produkcji poetyckiej, Barana odkrył przypadkowo, bo zdarzyło się mu sięgnąć po pierwszą lepszą książkę. Młodzi poeci nie czuli się gorsi od Józefa Barana, toteż niejeden z nich poczuł zawiść. Zaczęły pojawiać się różne zaczepki pod adresem krytyka i poety. „Poezja” zamieściła pamflet (...) pod ostrzegającym tytułem: Nie przechwalać..."

Życzliwy głos wybitnego krytyka, stanowiący dla młodego poety przepustkę do literatury, rzeczywiście wywołał polemiki. Odczytano go, niesłusznie zresztą, jako swego rodzaju negację dorobku pokolenia, zwłaszcza Nowej Fali, już głośnej, lecz przez Sandauera jakby nie zauważonej. Wyróżnienie Barana, odstającego od generacji, od modnych wówczas programów, formułek i nurtów wywołało w środowisku „młodych" zrozumiały ferment. Czy słusznie? Czy krytyk nadał swym wypowiedziom aż tak znaczącą rangę? Zacytujmy fragment Poezji niepokazowej — szkicu Artura Sandauera.

„Józef Baran — pisał on na łamach „Literatury” — należy do formacji posthistorycznej, postideologicznej, śmiałbym rzec nawet — postreligijnej. Sporów o zagadnienia światopoglądowe pokolenie to prawie już nie zna (...) Bóg (...) jeśli występuje w wierszach Barana, to przede wszystkim jako rekwizyt obyczajowy, jako element chłopskiego humoru(...) Z tym wszystkim wiersze te nie są — jakby można przypuszczać — ani prymitywne, ani naiwne. Baran to poeta dużej kultury: nieobce mu są ani igraszki słowne lingwistów (...), ani wymyślności carminum figuratorum (...) Obznajmiony z kunsztem poezji współczesnej, nie uprawia go jednak pokazowo. Posiada bowiem kunszt cenniejszy: umie trafić bezpośrednio do serc ludzkich".

Zdanie Artura Sandauera, obok pochlebnych recenzji Jerzego Kwiatkowskiego i Zbigniewa Bieńkowskiego, wpłynęło na kształtowanie się opinii o poezji Barana. W 1975 roku uhonorowano go nagrodą im. Andrzeja Bursy za debiutancki tomik Nasze najszczersze rozmowy, a w 1977 otrzymał nagrodę im. Stanisława Piętaka (za Dopóki jeszcze). Tom kolejny — Na tyłach świata — w plebiscycie czytelników, organizowanym corocznie przez „Kurier Polski", w 1977 roku znalazł się w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych książek.

Ukazało się wówczas mnóstwo recenzji, sporo pochwał, ale i sporo docinków krytycznych. W obu ostatnich celował zwłaszcza krakowski „Student", gdzie w zespole redakcyjnym zasiadali dawni członkowie grupy „Teraz", tworzący poetycką Nową Falę. W odbiorze krytycznym zaś poezja Barana była Nowej Fali przeciwstawiana.

„Autor Dopóki jeszcze preferuje te wartości etyczne — pisze Konstanty Pieńkosz — których nikt (...) nie może zanegować (...) Są to w dodatku owe wartości etyczne, jakby zapomniane nieco, czy zaniedbane przez poezję, która uchodzi za nowofalową. Baran niejako przywraca je, względnie przypomina. Zresztą, zupełnie inna jest geneza poezji autora W błysku zapałki, wyrasta ona z innej tradycji. To może Baran zapoczątkował to, co nie najszczęśliwiej nazywa się teraz „nową prywatnością".

Serdeczną aurę wokół poety (wciąż jeszcze określanego mianem „młodego") tworzą przyjaźnie literackie. Ze Sławomirem Mrożkiem (korespondencyjna), z Arturem Sandauerem, a później z Mironem Białoszewskim, którego pamięci poświęcił poeta znakomity esej pomieszczony w książce Autor! Autor!

W 1980 roku Józef Baran, tym razem w roli krytyka, opublikował na łamach „Kultury" pamflet na młodą poezję zauroczoną Nową Falą (Ogłaszam alarm dla młodej krytyki!). Dowodził w nim (odpowiadając być może nie wprost na docinki byłych przyjaciół z grupy „Teraz"), że relacje między sztuką a rzeczywistością nie są tak proste, tak trywialne, tak bezpośrednie, jak się to „młodym gniewnym" polskiej literatury i krytyki wydaje. Ostrzegał przed wprowadzaniem twórczości w ciasną uliczkę realizmu, jako jedynego kryterium rządzącego literaturą. Bowiem: „Sztuka, a szczególnie poezja jest wolnością, powinna być tworzona z potrzeby naturalnej, z potrzeby pełnego urzeczywistnienia się człowieka. Dopiero wtedy ma szansę trafić do drugiego człowieka".

Publikacja ta, podobnie jak większość wystąpień poety (np. udział w dyskusji na temat studium Artura Sandauera poświęconego poezji polskiej po roku 1946 — „Polityka" 1979), wywołała różnorodne opinie i spore emocje. Baran opowiada się zawsze, natrętnie nawet, przeciw publicystyczności w poezji, która zatraciła, według niego, kontakt z liryką metafizyczną. W kilka lat później, opierając się na podobnych przeświadczeniach, zakwestionuje dorobek polskiej poezji współczesnej, zarzuci jej postawangardowy schematyzm, hermetyzm i skostnienie („Poezja" 1988 nr 9).

W 1979 roku ukazuje się na rynku czwarty tom wierszy Józefa Barana W błysku zapałki (LSW), który przynosi mu Nagrodę Fundacji Kościelskich w Genewie (1980). Na łamach „Nowego Wyrazu" tak pisał o nim Konstanty Pieńkosz: „Piękny świat poezji Józefa Barana, w pewnym sensie bezbronny wobec natarcia z zewnątrz, ocala tylko te wartości, które muszą się ostać w obliczu najwyższej Transcendencji. Dlatego jego bezradność wobec rzeczywistości i szczerość (...) sprzymierzają się ze sobą, stając się propozycją sprawiedliwego bycia w świecie (...) Nie pomyliła się część krytyki, lansując poetę autentycznego, dobrze zakorzenionego w tradycji i oryginalnego. Czwarta książka z nawiązką wyrównuje braki czy rozczarowania odczuwane przy poprzednich".

W 1983 roku autor Dopóki jeszcze występuje ze Związku Literatów Polskich. Wiąże się wówczas z Klubem Kultury Chłopskiej, do którego zgłosili akces m.in. Wiesław Myśliwski, Tadeusz Nowak, Edward Redliński i Marian Pilot. Z tym ostatnim przez pewien czas redaguje kwartalnik „Źródło", którego jeden numer ukazał się w parę lat później.

W roku 1984 ukazują się na rynku księgarskim kolejne tomy poety: Pędy i pęta (nagrodzone w rok później przez Fundusz Literatury) i Wiersze wybrane (LSW), zbiory następne zaś: Skarga (Wydawnictwo „Glob") i Czułość (Wyd. „Miniatura") — w 1989 roku.

Spośród licznych omówień twórczości poety, jakie ukazały się w ostatnich latach, warto zatrzymać się dłużej nad esejem Henryka Czubały, opublikowanym w 1988 roku na łamach „Życia Literackiego". W artykule Pt. Mała kosmogonia Józefa Barana, omawiając jeden z istotnych wątków w jego twórczości, pisze on: „W dialogu z królem Salomonem współczesnej kultury oficjalnej bohater jego wierszy przyjmuje zwykle pozycję i pozę Marchołta, który uznanym hierofaniom i kosmogonim, a więc uznanemu porządkowi świata jako dziełu istot najwyższych, przeciwstawia nieskromnie i czupurnie swoją „małą” uczłowieczoną i zdesakralizowaną kosmogonię". W innym zaś miejscu powie pochlebnie, lecz z dużą dozą trafności: „Sądzę, że z jego wierszy daje się odczytać najgłębiej antyautorytarna nieufność wobec kultury wysokiej, do której inni zwykle bezskutecznie tylko aspirują, skazując się na wieczne dorastanie".

***

„Chciałbym wyprowadzić ze swojego życia własną filozofię. Jeżeli to będzie nawet wyważaniem otwartych drzwi, to nie szkodzi, gdyż sprawdziłem ją na swojej skórze (...) Moim jedynym programem jest linia życia wyryta na ręce (...) Tylko w poezji, indywidualnie, realizuję się jako człowiek...".

Tak zarysowany program poetycki jest może najtrudniejszy, a w każdym razie bardzo ryzykowny. Bliski „życiopisaniu" Edwarda Stachury, niesie w konsekwencji zagrożenie zarówno dla samego poety, jak i dla jego twórczości. Aby program ów w pełni urzeczywistnić, trzeba bowiem świat własnych wartości stale weryfikować i poświadczać — i to zarówno w planie liryki, jak i w planie biografii: „Poezja Józefa Barana (...) jest ciągłym stwarzaniem nadziei i wiary — pisze Konstanty Pieńkosz — (...) Tyle bowiem piękna, nadziei i wartości moralnych niesie (...) ile posiada jej (...) człowiek, który ją tworzy".

Jednym ze sposobów przedstawiania świata, ewokującym tak pojętą filozofię twórczości, jest dynamiczne ujęcie życia. W drodze. W poszukiwaniu wartości. Liryczna wędrówka Józefa Barana ma wymiar niejako potrójny: stanowi zapis pseudo(?)autobiograficznej odysei (nie ma bodaj drugiego poety w literaturze polskiej, który przywoływałby w swoich utworach tak wiele nazw miejscowości prowincjonalnych, stworzył poetycką mapę własnych podróży, przedstawił tyle kolejnych wcieleń), wiedzie przez różne przestrzenie kulturowe (penetruje kulturę plebejską, chrześcijańską, śródziemnomorską), prowadzi wreszcie od nasyconego konkretnością obrazu wsi i prostej, banalnej niekiedy metaforyki, ku coraz odleglejszym horyzontom abstrakcji.

W trakcie wędrówki zmienia się także optyka bohatera lirycznego tej poezji. Od magicznej, dziecięcej wyobraźni baśniowej (Nasze najszczersze rozmowy) przez kreację młodzieńczego buntu (Dopóki jeszcze) po nieudane próby zaangażowania społecznego (cykl Żalnik polski) i trudne, dojrzałe pogodzenie się ze światem (Pędy i pęta, Czułość). Jest to więc zarazem droga, na której krystalizuje się poetycki światopogląd Józefa Barana i oblicze jego liryki.

Punktem wyjścia, układem odniesienia, Itaką w tej prowincjuszowskiej podróży jest rodzinna wieś. W dwóch pierwszych tomikach poety jesteśmy świadkami pożegnania domu. Rozstania się ze światem bezpiecznym, pełnym prostych przeświadczeń o powinnościach człowieka, sensie jednostkowej i zbiorowej egzystencji. Ze światem zrytualizowanym (Sztuka dom), dającym się sprowadzić do kilku elementarnych, ale zasadniczych doświadczeń (narodzin, pasowania na kosiarza, katorżniczej pracy, prostych rozrywek, rytuałów rodzinnych, śmierci). Świat ten postrzegany jest przez poetę: „Gala Anonima", z odległego dystansu.

Wędrówka dookoła własnej wsi, pierwsza wyprawa poety, stanowi próbę odkrycia, uheroicznienia, a czasem rozbicia wartości tkwiących w plebejskiej kulturze i obyczaju. Ma ona wymiar obronny, ale sens krzepiący:

i w księgę ziemi zapatrzeni
od pokuszenia ocaleni
w jednym zaklętym kręgu trwali
dlatego niebo ich niziutko
tuż-tuż nad samą głową czeka
że tylko drabinę przystawić...

(Bo kto)

Wartością podstawową, „centrum świata" jest w tej wędrówce dom (Dom rodzinny), baśniowe królestwo, arkadia, utracona i odnajdywana. Z kulturą plebejską wiąże się z kolei familiarność, bliskość więzi międzyludzkich, a także charakterystyczny, chłopski stosunek do spraw ostatecznych:

zaprawdę aby przywrócić
życiu cenę
trzeba pojechać na wieś
tam o każdych urodzinach
i weselu
wszystkie wróble ćwierkają na dachach
a kiedy ktoś umiera
na czas pogrzebu
parafialna oś ziemska się zatrzymuje
świat przestaje się obracać wokół codziennych zajęć
przystaje nad dołkiem
i śpiewa rekwiem...

(W miejskim kościele)

W obrazie wsi unika jednak poeta sielankowości, uciekając się często do żartu lub groteski. Przedstawia ją w konwencji antyarkadyjskiej (W raju) i antyutopijnej. Szczęśliwa, rustykalna wyspa jest w jego wierszach „podobna do placu więziennego":

(...) kulawy kościelny przecinał na pół jabłko dnia
ogłaszał przerwę galernikom przykutym
do kosy pługa i motyki
...............
tak, to była wyspa skazańców
zesłanych na ciężkie roboty tak dawno temu
że nikt z nich już nie pamiętał dokładnie kiedy i za co...

(Saga o krainie moich ojców)

Zbieg z wyspy nie cieszy się jednak, jak można by przypuszczać, własną wolnością. Jego samotna wędrówka przez obce światy, pełna trudnych wyborów moralnych, ma sens dramatyczny. Wolność wiąże się z wykorzenieniem. Aktem jednorazowym i ostatecznym. A karą za odcięcie od korzeni, za dopięcie skrzydeł, jest nie kończące się poszukiwanie nowego ładu, bezskuteczne oswajanie cudzych światów, konieczność przeciwstawienia pozornej, zafałszowanej rzeczywistości własnego ja (Obce miasto, W obcym mieście).

Jest to w dodatku Odyseja bez możliwości powrotu do Itaki („musiałeś odejść / z węzełkiem podróżnym w ręku / i nie było dla ciebie powrotu" — Drabina), i ze świadomością magicznej klątwy Posejdona:

kto tyle razy
tak jak ja
wykraczał z koła ojcowizny
zakreślonego o północy
święconą kredą przez pradziada
ten już ni razu
ten ni razu
nie zazna spokojnego kąta...

(Bo kto)

Problem wykorzenienia — problem XX wieku, dotyczący nie tylko awansu chłopskiego, ale także związany z wszelkimi ruchami migracyjnymi — stanie się jednym z istotnych tematów liryki Barana.

W jego kolejnych tomikach świat wsi, peryferii zaczyna się kurczyć. Jednocześnie ogromnieją horyzonty rzeczywistości, którym poetyka stworzona na użytek wierszy debiutanckich nie może już sprostać. Kolejne tomy: W błysku zapałki oraz Pędy i pęta stają się więc areną dramatycznej walki, próbą stworzenia nowych recept, nowych wartości, w końcu nowego języka. A z nową poetyką, jak z nowymi butami — trzeba najpierw rozchodzić. I operacja ta nie odbywa się bezboleśnie.

Wartości, którym hołdował autor w pierwszych tomikach, nie ocala już bowiem na dłuższą metę ani kolejny azyl — małżeństwo („tak długo płyniemy już tą łodzią, że nie mamy sobie nic ciekawego do powiedzenia" — Małżeństwo), ani „Cudotwórcza moc wskrzeszania innych miast" (Biała baśń), ani religia. W tej sytuacji dynamika wędrówki zostaje zahamowana, rodzi się bezradność:

i nie wiem, w którą stronę się udać
gdzie dom mój, gdzie ulica
w tłumie głów gdakających
rąk i nóg pociąganych
jak w teatrze lalek
za sznurki
nie znajduję nikogo kto by mnie przeprowadził...

(Małe zaćmienie słońca)

Owa bezradność ewokuje ucieczkę w sentymentalizm i prowadzi do mało odkrywczych wniosków:

kiedy wychylisz mnie do dna,
gdy ja spożyję ciebie całą
będziemy jak dwa puste kubki
dwa chleby, z których nic zostało
jak ci siwiutcy z naprzeciwka
którym miłości nastarczyło
nawet na tę ostatnią czarną...

(Na czarną godzinę)

Podróż poety zaczyna z wolna tracić sens. Jak reporter konstatuje on istnienie „Miasta faryzeuszy", gdzie od lat „rozkłada się padlina sumień (Padlina). Żyje w pozornym świecie, którego jedyną ofertę stanowi szyba wystawowa (Szyba). I w tej sytuacji trwa — „pod niewzruszonym okiem widnokręgu", przeciwstawiając skomplikowaniu świata jedynie własną witalność (Styczeń).

Ocalenie — utracony sens odnajduje Baran w granicach więzi interpersonalnych w małym prozaicznym szczęściu chwili (Chwila), by ostatecznie odrodzić się, odnaleźć zagubione wartości, w tomiku Czułość, w imperatywie wielkiego współodczuwania, bo przecież:

 

wszyscyśmy takie duże pomarszczone
w końcu na dudka wystrychnięte
i przez świat odrzucone
(który się stroić lubi w coraz nowych kochanków)
dzieci niedokochane i niedopieszczone
jeśli nas trochę lubisz
Ojcze Litościwy
czemu zza chmury się nie wychylisz
by pogłaskać samotnych po głowie
rozdać wszystkim po dobrym słowie
wszak współczucia godny jest człowiek...
wszak czułości godny jest człowiek...

(Ballada litościwa)

W tomikach: Pędy i pęta i Czułość krystalizuje się nowe oblicze liryki Józefa Barana. Dawną perspektywę wsi zastępuje perspektywa planety. Warsztat poetycki wzbogaca kunsztowna parabola niosąca głębsze filozoficzne treści (Skarga). Poeta, „adwokat serc ludzkich", uchyla się od sentymentalizmu, a jednocześnie przecież głęboko współodczuwa ze światem, z człowiekiem, którego kruchej kondycji i niepewnej tożsamości przeciwstawić pragnie to, co jest mu należne — czułość. Wartości zostają więc ocalone — świat odbudowany.

Wędrówka — tak jak pojmuje ją Józef Baran — nie ma kresu. Wymaga ciągłych zaprzeczeń i stałego podsycania wiary, przenika się z biografią poety i abstrahuje od niej — trwa — nadając jego życiu i poezji znamienny sens i cel: „Ciągle ponawiany trud Syzyfa. Rzecz nie do zważenia i nie do zmierzenia. Ale wzruszyć, olśnić pięknem, zastanowić, pokrzepić nadzieją, wstrząsnąć choć na chwilę i jakoś tam zbudować na moment człowieka... tak to jest na pewno zadanie poezji. Zadanie nawet i po końcu świata".

JAKUB CIEĆKIEWICZ

(Poezja nr 8/1989)