O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2013-07-11 :: Rzeką

Z Maćkowej Rudy wypłynąłem koło 9-ej - jako jedyny, bo media zapowiadały spore ulewy. Znalazłem się sam na Czarnej Hańczy – wśród ryb, siwych czapli, bocianów, kaczek i łabędzi - jak Mungo Park płynący Gambią. Przy Wysokim Moście kupiłem od staruszki-babuleńki jagodzianki, o niebiańskim, przedwojennym smaku, pogadaliśmy o… globalizacji i popłynąłem dalej. Delektowałem się czystą naturą. Jakąś częścią utraconego świata. Czymś, co oddaliśmy walkowerem. Niesłusznie, bez sensu. Po południu dotarłem do Frącek – ostatniej chyba stanicy żeglarskiej na rzece. Przyjechali po mnie na telefon. Wieczorem Jola, już trochę zaprzyjaźniona, opowiedziała mi kulisy polsko-litewskiej wojny o szkoły, drogi i język. Ich drażni, że my chcemy na Litwie pisać matury po polsku, a im każemy pisać po polsku i litewsku, że liceum litewskie w Sejnach ledwie dyszy, a podstawówki są zamykane, że nie mogą w szpitalu mówić po swojemu z lekarzem pobratymcem. No i że do Burbiszek, ba do granicy państwa z tej strony jeziora - nie ma asfaltu… Prawda jest taka: polityka niszczy więzi, izoluje, zabija. Trzeba by tu zorganizować jakieś warsztaty…



2013-07-10 :: Transgraniczne smaczki

1. Z rowerem pod pachą wchodzę do domu kultury w Sejnach. Za drzwiami zderzam się z kompletnie wyposażonym harleyowcem: długie, siwe włosy, skóra, ćwieki – gość jest miejscowym instruktorem muzyki. W około widać rozkład – budynek się rozpada. – Kawiarni nie ma, sali widowiskowej nie ma… Kiedyś była sala do prób, ale zespół baletowy upadł. Hippis macha ręką. Wszystko upada. - Młodzież lubi tu fotografować na czarno-białych kliszach, ale instruktora od fotografii właśnie zwolniono. Nie ma tu nic – otwiera jakieś drzwi, bo ten budynek to… kino. W środku widać wspaniałą, starą widownię, archaiczny projektor… „Cinema Paradiso”!!! Kurczę, mówię, młodzi chcą fotografować, pewnie też filmować, macie kino – aż się prosi trangraniczny polsko-litewsko-białoruski festiwal filmu dokumentalnego, z grantu Euroregionu. Aż się prosi… Tyle kultur, narodów, religii… Harleyowiec kiwa głową.


2.  Jola odbiera telefon i płynnie przechodzi na litewski, przypominam sobie, że w jej salonie, obok świętej ikony, wisi biały szal z egzotycznym napisem. – A więc jesteście Litwinami! Tak, jak wszyscy we wsi. – Dlatego do Burbiszek nie ma drogi – wyjaśnia. A jak to się ze sobą łączy? – pytam. Tak, że burmistrz Sejn jest polskim „patriotą”, od rozwiązywania obcojęzycznych szkół i niebudowania dróg do litewskich sołectw. Tak wygląda w Sejnach kreowanie wspólnoty. Pytam harleyowca z domu kultury o Litwinów. – Ja swojej córce powiedziałem całą prawdę o przeszłości – opowiada. Że za okupacji donosili na nas do Niemców. 


3. W menu Litewskiej Karczmy pojawiły się naleśniki kowieńskie! Wspaniałe, serwowane tylko od środy do soboty. Ale kuchnia ponoć się pogorszyła, bo właściciel zwolnił kucharkę i zatrudnił w jej miejsce swoją siostrę po rozwodzie. Kucharka specjalizuje się teraz w ciastach litewskich. Mrowiskach. Muszę ją odwiedzić.



2013-07-08 :: Suwałki blues festiwal

 Kiedy brałem klucz od łódki gospodarz wspominał coś o piankowaniu, że jak wypłynę, pianka spęcznieje. Stało się inaczej – na środku rozlewiska miałem potop – lało się z przodu i z tyłu, walczyłem przy pomocy przeciętej, plastykowej flaszki, jak marynarz, zanim doholowałem jednostkę do brzegu. Obiad był u Potęgowej – kartacze z cebulką. Po czymś takim trzeba obowiązkowo walnąć suktinis. Z braku sklepu, z braku cywilizacji, wsiadłem na rower i lu, do Lizdijaj. 20 kilosów. Wokoło niebieski wiatr. W żółtych polach siwa, drewniana figura Jezusa, bardzo stara, chatki biednieńkie, drewniane, białe kozy. Jakieś wioseczki, przysiółki, wreszcie i miasteczko. Wszystko tu lepsze niż w Polsce – normalny chleb, dobra wędlina, świetne alkohole, żyć nie umierać, Tesco nie ma, Carrefoura nie ma… drogo niestety. Wracałem wspierając się miodem i coraz pogodniej myślałem o przyszłości - czyli o Suwałki blues festiwal!!!



2013-07-07 :: Natura

Komórka nie działa, czasem przez chwilę pracuje na litewskiej LIT, potem gaśnie. Internet bardzo słaby, sam nie wiem skąd płynie, sieć jest otwarta. W około tylko natura. Ziemia tu jak naleśnik z brokułami - żółto-zeielona, jezioro czarne, przelamane  granatem, na niebie żółte baranki obłoków. Brodzę w historii. Czytam. Sąsiednią wieś założyli Jaćwingowie z Wygier, następną starowierzy, tam znowu w XV w. była karczma i nazywała się Żegary... Poloniście daje to do myślenia. Rowerem jadę na  Litwę. Potem leżę na pomoście i czytam: "Pył z landrynek" - widzę autorkę, już wiem co w niej dostrzegłem wiele lat temu, kiedy przyniosła mi tekst do redakcji - pisarkę. Orzeł złapał rybę. Może orlik? Cudowne zadupie...



2013-07-06 :: Wakacje

W okolicy jest tylko jeden dom. Las, jesioro, w połowie polskie, a w połowie litewskie. Pogranicze. Styk kultur, historii, religii. To, co lubię, antropologicznie właściwie Afryka, do której prędko już nie pojadę, do której oddalam się, niestety, z każdą chwilą, także w wyobraźni, rozpięty między Cieszynem, Zgorzelcem, Sejnami i Szczecinem. Książkę napiszę... o Ślązakach, zrobię z tego, co mi daje los - coś ważnego. A więc zarządzanie kulturą - ulubione studia, koledzy, profesorowie, wiedza - wszystko to zacznie pracować, żeby zrealizować plan "śląskich rekolekcji", cyklu  imprez, które opowie moja książka. Happening, postmodernizm, freestyle... Potem pomyślę o Dżubie. 



2013-07-02 :: Dyplom

Obroniłem się. Tytuł pracy: "Od zarządzania wolontariatem do współrządzenia miastem. Fenomen Transgranicznego Centrum Wolontariatu w Cieszynie". 36 stron maszynopisu. 2 miesiące pracy. Rekomendacja druku w piśmie naukowym. Duma!



2013-06-29 :: Analiza strategiczna

Łapiemy światło. Chwytamy mizerny, wątły promyk i okręcamy szczelnie wokół nadgarstka. Teraz można się już na nim zawiesić, żeby nie powiedzieć – oprzeć. Światło powoli przenika do naszych serc. Wędruje w krwioobiegu. Rozchodzi się razem z ciepłem. Pyk, pyk, pyk… rośnie słupek serotoniny, depresja broni się jeszcze przez chwilę, gdzieś w głębi umysłu, ale potem spada kamieniem do żołądka, a my, już wiemy, że damy radę!


Światło wyciąga nas z domu na ulicę, na spacer do La Petite France, gdzie właśnie przywieziono nowe wino z Doliny Rodanu. Nazywa się Szalony Król, czy może szaleństwo króla? I jest aluzją do upodobań Henryka IV. Le Folie de Roi… A więc… Pierwszy nos, drugi nos, trzeci nos, czwarty nos - pijemy łyk, krople gładko spływają do żołądka i zatapiają depresję jak marzannę. Alkohol uderza w górę, paruje do mózgu, rozświetla neurony. Wnętrze jaśnieje jak neon.


Żołądek mówi, że czas na sery, bagietkę i oliwki. Podczas szybkiego trawienia światło stabilizuje się. Rozszczepia. Mięknie. I my też miękniemy, przy drugim kieliszku, myśląc już o cytrynowej tarcie, która, jak zawsze, świetnie się udała. Elwina posyła mi piegowaty uśmiech zza lady. Marzy o wielkim sukcesie rynkowym swoich miniaturowych tortów na 18 cm. Diana, jak zawsze, lekko skwaszona, choć postawiłem jej dobry horoskop. Szef gadatliwy, Szefowa tytułuje mnie Panem Jakubem. Wszędzie światło uśmiechów. Wyjmuję z kieszeni książkę: ”Muzeum etnograficzne, misje, struktury, strategie”.



2013-06-27 :: Mgła

Ciemne noce, ponure poranki, deszczowe dni, wieczorami do ogrodu spadają mokre, gasnące kawałki gwiazd. Zazwyczaj, jeśli nie jest za zimno, zbieramy je do worków i składamy w piwnicy. To dzięki nim nasz dom wciąż jeszcze trwa – na przekór wichury, porywającej wszystko wokół - ukorzeniony, zakotwiczony, obciążony balastem.


Pocieszamy się prostymi gestami. Zapalamy ogniki papierosów, ogrzewamy dłonie. Przytupujemy! Wciąż powtarzamy te same rytuały, które mają nas chronić przed wichurą, a kiedy serce ogarnia lęk, zaczynamy wyć lub krzyczeć i wtedy wychodzi na wierzch cała nasza atawistyczna natura.


Teraz wszystko jest w brązach, zieleniach i szarościach. Do tego mgła, która sunąc przed siebie, powoli ogarnia ogrodowe drzewa. Wlewa się oknami do domu, ściele nisko przy ziemi, pełznie po schodach ku górze. Wszystko milknie. Zakneblowane ptaki siedzą w ciszy na gałęziach. Czarnych, znikających w białej poświacie. Milkną zakneblowani ludzie.



2013-06-25 :: Cieszyn w Krakowie

Cieszyńska biesiada, mocna rzecz, długi wieczór z ciekawymi ludźmi. Muszę trochę pomieszkać na pograniczu, poznać lokalne osobowości, miejsca, dać im poznać siebie. Oswoić ten świat. Pierwsze, co iskrzy, to mój temperament. Zazwyczaj - niestety? - od razu chwytam szablę i siadam na koń, czemu przyglądają się ze zdumieniem - co to za wariat. Uważają, że wszystko trzeba przemyśleć, zaplanować... Etos Śląska Cieszyńskiego. Etos ewangelicki. Prawie Senegal.



2013-06-24 :: Finał

Skończyłem. Nie wiem, co powie moja promotorka, nie wiem, czy będę musiał nanosić poprawki, ale ja już skończyłem. Po 2 miesiącach napisałem pracę z zarządzania. Kledzy naukowcy się śmieją, że to nie doktorat. Dla mnie to jest doktorat - z całego tego roku. Z Cieszyna, z angielskiego, francuskiego, z zarządzania, z samotności i z poszukiwania pracy. Kto był w tej sytuacji - zrozumie. Postawiłem ostatnią kropkę, poszedłem się ostrzyc do drogiego fryzjera, zjadłem obiad w La Petite France,  sprzątam dom. Jutro przyjadą Michał i Alek Górny - najlepszy w Polsce dziennikarz obywatelski, będziemy tworzyć freestylową rewolucję.  Świeci słońce. Pora pomyśleć o wakacjach. To już finał.



Strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88