O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2010-05-01 :: Senegal i te sprawy
W Amerii 30 stopni Celsiusza, a ogromna plaza swieci po prostu pustkami. Morze przy brzegu jest zoltawe, dalej zielone, jeszcze dalej granatowe. Wieje lekki wiatr. Korzystam i biore wspaniale kapiele, a w przerwach pije kawe na deptaku - jest cudownie. I jak w takich warunkach odczuwac nostalgie za krajem ojczystym? Tu glosa. Idac na plaze minalem pochod pierwszomajowy i pomyslalem sobie nawet czy sie do niego nie przylaczyc. Jak bylem maly, to chodzilem z mama - nauczycielka, bylo bardzo fajnie. Ale jak zobaczylem, ze manifestanci maja na flagach sierpy i mlotki to jakos mi entuzjazm minal. Przyjrzalem sie jednak ludziom. Nie bylo wsrod nich Marokanczykow ani Afrykanow, ktorych tutaj na kopy. Dlaczego? Bo solidarnosc swiata pracy tez ma swoje granice.
A propos Marokanczykow. O swicie ogladalem jak do portu wplynal prom z Ceuty. Na pokladzie sami Arabowie, ale jacys cisi, jacys przygnieceni ciezarem obcosci, slabi tacy. Jakby nie ci sami, ktorzy robili mnie 21 dni w bambuko. Wyszli przed budynek portowy, rozejrzeli sie i wala na wprost. Wtedy zobaczylem, ze na ulicy rownoleglej do portu sa same interesy marokanskie: knajpy, kawiernie, handelki, hurtownie, firmy telefoniczne i internetowe. To ich wujowie, ciotki, bracis i siostry. Przyjechali swoi, do swoich, po swoje.
Tymczasem na ulicach pelno czarnych. Podchodze do grupy 5 chlopcow z Senegalu - sa czysto ubrani i maja zepsute zeby. Mysle ze przyplyneli tu noca lodziami z silnikiem i zaplacili za nielegalny fracht 3 tysiace euro od glowy. Zlozyly sie na to cale rodziny. Teraz czekaja na pieniadze. Rozmowa potwierdza w zasadzie te przypuszczenia. Jedni sa tu legalnie na kontrakcie, inni nie. Ci nie moga zarabiac i klna w zywy kamien. Niestety nie mowia w zadnym jezyku - troche po hiszpansku i po francusku gorzej jak ja, wiec reportazu nie bedzie.
Ale gdybym mogl sie z nimi dogadac, to bym im wytlumaczyl, ze ich krzywdzie winni sa Marokanczycy. Wlasnie ci, co prowadza knajpe przy porcie. Wybnieram sie tam wieczorem, zeby zapytac dlaczego sa tacy francowaci, tacy niegoscinni i w ogole okropni dla przybyszow.
Bo powiedzmy to sobie jasno. Tacy wlasnie sa.
Kiedy wracalem do Eurpy wymienialem uwagi z towarzyszami podroznikami. Dziwila mnie ich naiwnosc, posunieta do glupoty. Szwajcarski saksofonista mowi, ze jeden Marokanczyk to go nawet zaprosil na tadjin, a potem zalatwil mu noclegi u swojego brata i jeszcze dal za darmo rower do jezdzenia. A ile zaplaciles pytam. Okazalo sie ze wiecej niz ja w hotelu. Ze to nie byl gest przyjazni tylko biznes. Potem malzenstwo niemiecko francuskie opowiada jak miejscowi ugoscili ich bagietkami. Tak, ale oni wczesniej obsypali ich dzieci slodyczami. Nie wiem, moze bogaci Europejczycu maja jakis kompleks. Ja jestem biedny i nie mam zadnych kompleksow. Nie widze powodow dlaczego mialbym komus dawac sie oszukiwac, bo ma ciezko. Kurcze, u nas Janosika powiesili za 7 zebro.
I ta ich hipokryzja. Nauczyciele w Rifie mowia mi, ze u nich panuje tradycyjnie wysoka kultura, a ja wiem, ze jeszcze niedawno goral nie mogl sie tu ozenic dopoki nie zabil jakiegos mezczyzny, ze w Chouen dzialala najwieksza w Afryce gielda homoseksualistow, skad chlopcy trafiali do burdeli w Tangerze, a dziewczyny do sex - namiotow, wiec mi nie pieprzcie kochani o waszym ethosie, bo tangerskie kurwy to sa wasze babki.

2010-05-01 :: 12 olsnien
A oto 12 spraw, ktore zaszokowaly mnie po powrocie do Europy:
1.W restauracji dworcowej w Algeciras dostalem do posilku sztucce opakowane w folie. Ostatnio jadlem rekami. Tadjin i chleb podany w brudnych lapach.
2. Kiedy na skrzyzowaniu zapala sie zielone swiatlo, to piesi ida, auta stoja i dzieki temu nie dochodzi do kolizji. W Maroku przebiegalem przez ulice w grupach po kilku przechodniow, zeby jakos przezyc (Zauwazylem tez ze u nas kierowcy tankuja benzyne na zgaszonym silniku)
3. W toalecie jest papier. Nie ma kupy.
4. W hotelu obowiozuje cisza nocna. Oznacza to, ze recepcjonista nie sprasza wieczorem kumpli, z ktorymi do rana krzyczy, glosno oglada telewizje i gra w quarante, przez co inni nie moga spac.
5. Hotel placi sie z dolu.
6. Jakis mezczyzna w Algeciras odprowadza mnie na dworzec (co juz samo w sobie jest podejrzane) i nie chce potem za to pieniedzy. Wiec czego chce? On po prostu jest zyczliwym czlowiekiem.
7. Zyczliwosci ciag dalszy: w bodedze Aranda w Almerii maly tlumek Hiszpanow tlumaczy mi ze place tylko za wino, a za tapas juz nie. Ile oni sobie zadaja trudu, zeby mnie w tym uswiadomic. Dlaczego to robia?
8. Noca zgubilem sie w miescie. Nie odczywalem niepokoju ani zadnych obaw. Wreszcie.
9. Zaden taksowkarz nie chce mnie tu oszukac. Nie podaje astronomicznych kwot i nie robi ulicznego teatru.
10. Przewodnicy miejscy nie sa zlodziejami, kanciarzami, lobuzami z licencja. Sa Europejczykami.
11. Istnieje niedziela - dzien swiety.
12. Moge sie wreszcie napic alkoholu.
Wasze zdrowie!
Ps. Do glowy przychodza mi jeszczwe 3 olsnienia:
1. Cena. W Europie rzeczy i uslugi maja swoja stale cena. W Maroku, placisz zaleznie jak Cie otaksuja. Mozesz zaplacic za flaszke wody 500 procent.
2. Klucz. W Hiszpanii dostalem klucz do pokoju i klucz do sejfu. W Maroku zajmowalem pokoje bez zamka.
3. Woda. Wreszcie mozna jesc lody, pic wode w kawiarni, plukac usta kranowka...
Na koniec. Czepiacie sie ze w Unii sa upierdliwe procedury dotyczace produktow spozywczych. Ja sie tam ciesze. Wiem ze nikt mnie na pewno nie otruje.



2010-04-30 :: Jeszcze slysze ich glosy, jeszcze widze ich twarze
Jeszcze mi huczy w uszach pokrzykiwanie taksowkarzy na wielkim placu grande taxi: A Me-knes, a Me-knes, a Me-knes. Jeszcze graja bebny i trabki z Jemma el Fna, jeszcze widze ich twarze: mocne, wyraziste, przerazliwe, takie ze pekaja kadry.
Oto sniady staruszek z biala broda, w fartuchu, przepasany rzemieniem, pcha wozek wypelniony mieta i wygraza wielka piescia swiatu, oto ciemna berberka w fioletowej sukni i takim samym turbanie sunie lekim krokiem przez targ miesny, gdzie wisza lby baranow i wielbladow, oto taniec wielkiego artysty karla, ktory dytyguje miejscowa kapela. - A Fez, Fez, Fez - drze sie naganiacz. - A Mulaj Idris! A Wazzart, a Zagora, a Mhabit...
Pozostaje w drodze od kilkudzeiesieciu godzin. Wszystko mi sie zlewa. Ale tak, to bylo przeciez 2 dni temu. Bylem w malej oazie na Saharze. Przyjechalem tu, bo slyszalem, ze miejscowi ludzie sa zyczliwi i pozwalaja sie fotografowac. Ide przez wies. Od razu, przyczepia sie do mnie 2 chlopcow. - Daj nam pieniadze. No daj. Skrecam w boczna uliczke i juz mam swietny motyw do zdjecia, ale nie wyjme aparatu, bo wtedy chlopcy narobia rabanu. Mowie - Sluchajcie jestem z Polski, nie mamy euro, to biedny kraj, zreszta nie mam juz pieniedzy. Chlopcy jada po moich obu stronach. - Dawaj forse, ta co ja masz w plecaku. No dawaj, stary, dawaj... Jestem juz zmeczony. Powtarzam sobie ze to przeciez dzieci, ze nie moge byc dla nich przykry, ze musze cos wymyslec, ale po milionach natretow, ktorzy mnie od 21 dni dociskaja do muru - nie mam sily. Mowie - Aller! Wybucha agresja. Chlopcy krzycza - To ty alle, won, wypad z wioski, idz sobie. Niestety nie odchodza. Nadciaga odsiecz - tuareg, z ktorym tu przyjechalem grande taxi. Mowie - Stary, ratuj. Mahmed tylko klaszcze w dlonie i mali znikaja. Jak drobne zwierzatka, na wdok wielkiego lwa, ktory ma ochote na ich lup. Nie mam juz pary do zdjec, chce wracac na polnoc.
Autobus CTM przez kilka godzin pnie sie ku przeleczy na wysokosci 2600 metrow - a ja jestem olsniony i czuje sie jak w kinie. Droga jest dobra ale wazka i jakby kierowca troche sie rozkojarzyl... Ja bym w kazdym razie nie dal rady prowadzic tu auta z moim lekiem wysokosci. Na postoju Francuz namawia mnie zebysmy skosztowali miesa z przydroznego grilla. Jdziemy do sprzedawcy, ktory przy nas mieli mieso i brudnymi lapami lepi z niego kulki. Potem chlopcy obok ukladaja je na ruszcie i po 10 minutach obiad jest gotowy. Czy chcecie wiedziec jak smakuje? No w kazdym razie spotkalem potem Francuza w Tangerze i byl zywy, ja tez...
Po poludniu laduje z walizka na Jemma el Fna. Z walizka, bo na dworcu nie ma przechowalni bagazu a ja czekam na nocny do Tangeru. Wchodze na taras grande cafe de France, zaden pieprzony snob mi nie zrobi miejsca wiec walizke nosze na glowie. Siadam, pije tee ala mont. I nagle rozumiem, ze patrze na plac ze zlej perspektywy. Siadam po stronie arabskiej, wsrod brudu i pokrzykiwania sprzedawcow, otwieram walizke i widze notesiki, flamastry, prezenty dla biednych dzieci, ktorych nie dalem malym piraniom. Obok szescioletnia dziewczynka sprzedaje bulki. Daje jej te drobiazgi i mala jest u szczytu szczescia. To troche osladza moj smutek.
A nie jest to smutek rozstania. Nie. Nagle sobie uswiadamiam, ze mam przy sobie wiele adresow do roznych ludzi w Maroko ale sa to kontakty wylacznie biznesowe, jak przyjedziesz i bedziesz chcial kolacje, hotel, ato - zadzwon do mnie. Ani jednego normalnego spotkania, ani jednego czlowieka, ktory by ze mna zjadl kus kus, zaprosil do siebie, zadeklarowal ciekawosc moim krajem. Nic. Tylko kasa.
A do Almerii jade autobusem pelnym czarnych. Oni chca do Europy, do bogactwa, do komfortu, do swiata, jaki znaja z telewizji. Klade sie na plazy, patrze w niebo. Slucham szumu morza. I nagle ich widze - chodza z wielkimi miotlami. Afrykanie. Nasz problem.


2010-04-30 :: W drodze
Przemierzylem saharyjskie wioski, pokonalem ogromne, przepasciste gory, przejechalem przelecz na wysokosci 2600 metrow, po bardzo kiepskiej drodze. Przeplynalem morze... Ale zanim to nastapilo anegdotka.
Otoz przewodniki ostrzegaja, ze po tangerskim porcie wlocza sie oszusci przebrani za policjantow i pracownikow celnych. Zadaja od turystow paszportu i... znikaja. Ide wiec szybko przez kolejne punkty odpraw, dochodze do mojego statku, a tam jakis gosc w zoltym kubraczku drogowca wyrywa mi bilet i ucieka. Wyrasta natomiast przede mna dryblas w zniszczonym garniturze z czerwona opaska na rece i napisem policja. Kaze oddac paszport. Co byscie zrobili na moim miejscu. Najpierw udaje ze nie rozumiem. Dlugo sie jedenak tak nie da. Potem pytam, po co mu pasport. Gosc sie robi coraz bardziej wnerwiony. Mowi - Czlowieku jestem policjantem, lepiej mi pokaz swoj pasport, bo to jest kontrola. Przygladam mu sie uwaznie. Ma brudna, podarta marynarka, a groteskowa opaska z napisem policja na mankiecie zdradza oznaki wieloletniego uzywania. Jesli jest policjantem i nie dam mu paszportu zatrzyma mnie na pare godzin do kontroli osobistej. A jesli to oszust. Co robic. Po dluzsej kalkulacji dochodze do wniosku ze to jednak urzednik panstwowy i tak jest w istocie. A bilety zabierali wszystkim.

2010-04-27 :: Drogi Marcinie..
Drogi Marcinie. I tak oto; po 21 dniach wedrowki; po przejechaniu 5 tysiecy kilometrow; dotarlem do ostatniej oazy na Saharze. Dalej nie ma juz nic - jest tylko morze kamieni i piachu, a po 52 dniach jazdy karawanowzj - Timbuktu. W okolo wszystko; co tak bardzo kocham - tuaredzy jezdza na motorowerach; sa wielblady; osly; kolorowe dzieci; jakies lepianki z piasku - degerngolada, rozklad i tylko wiatr szaleje po uliczkach. W knajpie; po odgarnienciu piachu z krzesla wypilem zielona herbata robiona na sposob tuareski z kilkoma facetami - jeden byl Rasta. Posmialismy sie jak glupi - Polonia; Boniek itd. W kazdym razie wypytalem od razu; gdzie jest tutaj iklan; co w jezylu tamahak znaczy rzemieslnik - czarownik i nabylem u niego dla Ciebie krzyz Tuaregow. Mam nadzieje; ze bedziesz go nosil z honorem i wkladal zawsze z okazji rocznicy roku Afryki.
U mnie klawo. Siedze przy lepkiej od brudu klawiaturze; a za oknem 40 stopni; piach w powietrzu; jakis gosc w dzelabie wiezie na motorze zywego barana; dzieciaki niosa chrust; a staruszek spi na ulicy.
Mam nadzieje ze sie nie obrazisz; ze publikuje ten list na miojej www wsrod codziennych relacji; ale jestem wyczerpany i nie dam rady pisac drugi raz. Z tuareskim pozdrowieniem - Kuba

2010-04-26 :: Finisz
John Malkowicz umarl w forcie legii cudzoziemskiej, Debora Winger wsiadla na wielblada i pojechala do Timbuctu, a ja, co mam robic dalej? Proponuja tu co prawda taka wycieczka karawana do Mali 52 dni, ale by mnie przeciez Marcin Baran wypieprzyl z roboty. Wiec jutro pojade do Mhabu, to jest ostatnia wiocha przed Sahara i wracam syty wrazen.
A byly straszne jazdy. Pierwsza, ze zawladna mna duet lzesbijski arabsko francuski, plus jakies pieprzone otoczenie i ledwie sie wyrwalem nie tracac bardzo duzo kasy. Potem dzis rano z cwaniaczkiem, wynajetym niestety wczesniej, objechalem okoliczne kasby i wpadlem do miejscowej wytworni filmowej, gdzie stoja dekoracje jeszcze z Kunduna, Asterixa... a przewodnik wita mnie slowami - polska mizeria. A potem nawija - tu stala Angelina Joli, a tu Mik Duglas... Fajnie bylo;
Ale sie szybko zebralem i grande taxi do Zagory; Na zczescie z jakimis innymi ludzmi, normalnieszymi, weslymi - berberami z poludnia. Gory ogromne, kaniony sakramenckie, nagle widze wielka zielona rzeka otoczona rozowymi migdalowcami i bujne palmy, a w okolo czerwone kazby - pejzaz nie do uwiezenia - jak z filmu, i tak przez 3 godziny - cud.
Teraz jestem w kafejce internetowej tuaregow, kawy tu nie daja, nic nie daja, moga dac w morda; Klawiatura sie rozsypuje, ale dziala. Wreszcie sie nazarlem, zjadlem swieza koza - bardzo wery. I tak jest fajnie, sluchamy Tinariwen i gadamy o Mali. Jak milo.




2010-04-25 :: Wazart
Przejechalem przez sakramenckie gory do Wazzartu; przelecz na wysokosci 2600 metrow, nieslychane. Niestety, w autobusie zaplatalem sie w glupie uklady z 2 Francuzkami w sprawie wspolnego wynajecia auta z kierowca i jazdy na diuny. Poklamaly, ze wszystko maja zalatwione, ja uwierzylem, potem sie wycofaly... ostatecznie, w efekcie, wyladowalem na nocleg u rodziny arabskiej. Place 20 euro, oni gotuja. Za poczestunek; na ktory zostalem przez nich zaproszony, trzeba bylo zaplacic 10 euro. Cos nie do pojecia. Do pokoju mojego w ogole nie ma zamka, juz przywyklem. Jutro pojade na krotka wycieczka w okolice, a potem musze podjac decyzje, co dalej. Chyba grande taxi do Zagory. Moga byc jednak klopoty z powrotem. No coz, nie konczy sie ta podroz tak pieknie jak mialem nadzieje.

2010-04-24 :: Poezja i dywany
Co dala swiatu kultura arabska? Poezje, miniatury i dywany; a wiec rzeczy tak na prawde - niepotrzebne. Pozostawila po sobie Alhambre, Wielki Meczet w Kordobie i Alcazar w Sewilli. Lecz czym naprawde jest Alhambra? Bo przeciez nie tylko zabytkiem. Jest absolutem. Jest spotkaniem. Tajemnica uniwersum. Alhambra jest wyzwoleniem i wniebowstapieniem.
Wiec jesli rozlozysz na pustyni zielony dywan, to mozes sobie wyobrazic ze stapasz po zielonej lace i czynisz Alhambre i... jestes poeta. A kiedy doskonala geometria linii medresy w Marakeszu wyzwoli cie od lekow codziennosci to przezyjesz mistyczny kontakt z czyms; co cie przerasta. I to rowniez bedzie Twoja Alhambra.
Sledzilem jej odpryski w calym Maroku - w Meknes, w Fezie, Marakeszu, w medresach, palacach, meczetach i bibliotekach. Lecz czy ja znalazlem? Jezeli tak to w takim oto obrazie, ktory wciaz do mnie wraca:
Codziennie rano w miasteczku na medyne przychodzi 2 staruszkow w bialych dzellabach. Maja po 80 lat. Spaceruja trzymajac sie za rece. Moze sa bracmi; moze dawnymi kochankami; a moze po prostu przyjaciolmi. Ich milosc i troska czyni w osadzie Alhambre. Innej tutaj niestety nie widzialem.
No koniec medrokwania - jutro jade do Dades na poludnie. Koniec miast, zwiedzania itd. Przyroda...

2010-04-23 :: Marakesz
- Urzekl mnie zlodziejski klimat tego miasta - starszy pan zaciagnal sie gleboko i spojrzal z dyskretnym usmiechem zza grubych szkiel ciemnych okularow. Starszy pan byl dla mnie chodzoca tajemnica. To wlasnie jego odwiedzil przybywajacy do Krakowa Allen Ginsberg, czyzby znali sie jeszcze z Tangeru? A skoro tak, to starszy pan znal niewatpliwie cala plejada hippisow i to tych z gornej polki - pisarzy, poetow, malarzy... Pawla Bolsa, Jima Barrowsa; Boba Gysina... Niestety, tamten Tanger juz nie istnieje Panie Wladyslawie; Mnie urzekl za to zlodziejski urok Marakeszu; z wielka szopa dla turystow pod tytulem Jemma el Fna. Z medresami, meczetami, muzeami; sukiem; medyna. Ale wie pan, ze przy calej jego rozedrganej prostytucji, to miasto nie jest jednqk dla nas. Zostanmy przy ciszy bialego Fezu, przy kontemplacji geometrycznych linii; przy powolnym dociekaniu absolutu.

2010-04-22 :: Kochana Soniu...
... wstalem dzis bardzo wczesnie, kiedy jeszcze spalas i poszedlem na dworzec autobusowy zeby pojechac do Marakeszu; a to jest bardzo daleko, jedzie sie caly dzien, 11 godzin. Z tego wszystkiego nie zjadlem sniadania tylko kupilem sobie czekolade, ale byla nie smaczna, bo oni nie umieja tutaj zrobic dobrej. Z autobusu widzialezm rzeczy niezwykle. Najpierw jechalem blisko szczytow osniezonych gor, potem przez soczyste zielone pagorki, poprzecinane czerwienia i zolcia kwiatow, a czasem liliowe. Widzialem targ oslow, a takze taka dziewczynka jak ty; ktora powozila wozkiem z malym konikiem, a za nia siedzialy inne dzieci. Pewnie bys tez tak chciala? Po wielu godzinach jazdy zobaczylem stada wielbladow i zrobgili sie bardzo goroco. Wiedzialem ,ze zblizam sie do Sahary. A teraz jestem na takim wielkim placu zabaw, gdzie dzieci i dorosli moga sie bawic cala noc; duzo sie gra, spiewa,, tanczy - jest wspaniale. A co u Ciebie? Co u Leny? Napisz mi koniecznie - Uju

Strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88