O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2011-11-26 :: Sanganai

Rano wybucha Sanganai. W błękicie nieba, w zieleni parku, w fiolecie drzew jackarandy, w szmaragdowych mundurach damskich i męskich orkiestr dętych, w czerwonych i niebieskich strojach gimnazjalnych dziewcząt – jak je nazwać? – baletnic? W łomocie piszczałek, w słodkim dźwięku mbir, w łoskocie plemiennych bębnów, w tańcu, rytmie i oszołomieniu! Na ulice kwitnącego miasta wychodzi Afryka!...



2011-11-24 :: Nowy tekst

Sceny Mysliwskie w Parku Rhodesa...Czytaj dalej



2011-11-20 :: Sceny myśliwskie z Parku Rhodesa

Peter wypłynął o świcie. Przytroczył do paska nóż, do chlebaka wrzucił mapę, flaszkę wody, latarkę, a potem wskoczył do małej, zwinnej łódki kanu i popłynął szybko w dół Zambezi. Sądził, że przed wieczorem dotrze do miasteczka.


Po południu zaczął padać deszcz, rzeka wezbrała, łódka skakała po falach jak piłka. Gdy przybił do brzegu, poprzez opary mgły dostrzegł kilka opustoszałych chatek dla turystów i postanowił przeczekać noc w pierwszej z brzegu. Przemoczone ubranie rozwiesił w pustych, ciemnych ramach okien.


Lwica wskoczyła do wnętrza jak pocisk. Chłopiec zdążył jeszcze wyciągnąć nóż i uderzyć, ale widocznie za słabo, bo zwierzę wymierzyło mu silny cios łapą w twarz i jednym ruchem odwróciło na plecy. Peter czuł przenikliwy ból łopatki i ramienia, a potem widział jak jego głowa powoli wędruje do paszczy potwora, który najwyraźniej chciał go udusić. Resztką sił zadał kolejny cios, jednak ostrze ześlizgnęło się po żebrach, spróbował jeszcze raz i jeszcze – aż nagle poczuł, że stal wchodzi w mięsień serca. Pchnął klingę do oporu. Lwica jęknęła i stoczyła się w objęcia śmierci... CDN



2011-11-16 :: Wielkie Zimbabwe

 Altanę obsiadły małpy. Czujne, nerwowe. Obserwują turystów spożywających posiłek. Ach te zimbabwskie lanczyki! Białe, kartonowe pudełka, wypełnione rarytasami afrykańskiej kuchni! Czego w nich nie ma? Fantastyczna różowa szynka, noga kurczaka, małe, pachnące bułeczki, owoce, ciasta – po stole toczy się jabłko, które porywa wielka, biała małpa. Inne patrzą w hipnotycznym skupieniu, jak król zżera rarytas....Czytaj dalej



2011-11-15 :: Król Ugandy Polakiem

(PAP) - Do Urzędu Miasta w Nysie napisał król Salomon Gafabus Iguru I, władca Królestwa Bunyoro-Kitara, jednego z siedmiu królestw afrykańskiej Ugandy. Król napisał, że jest potomkiem legendarnego podróżnika Emina Paszy, który mieszkał kiedyś na  Opolszczyźnie. "Otrzymaliśmy drogą mailową list, w  którym król prosi nas o pomoc w zbadaniu przeszłości jego dziadka - Edwarda Schnitzera, podróżnika i etnografa znanego jako Emin Pasza" - powiedział PAP sekretarz miasta Nysa, Michał  Baziuk. Do Ugandy wysłano już grzeczną i dyplomatyczną odpowiedź, w której burmistrz Nysy Jolanta Barska poinformowała afrykańskiego króla, że spróbuje zbadać nyskie ślady Schnitzera i zdobyć więcej informacji na ten temat. W liście zawarto też informację, że burmistrz chętnie pokaże władcy Bunyoro-Kitara piękno Nysy, w której kiedyś mieszkał  Schnitzer. Edward Schnitzer - Emin Pasza urodził się w Opolu w roku 1840. Dwa lata później zamieszkał w Nysie - i to ten okres życia późniejszego podróżnika, lekarza i etnografa będzie przedmiotem poszukiwań nyskich urzędników. Po studiach medycznych we Wrocławiu Schnitzer podjął pracę lekarza w armii tureckiej. Po przejściu na islam został gubernatorem (paszą) Albanii - wówczas prowincji imperium  ottomańskiego. W roku 1876 wyprawił się do Sudanu,  gdzie został lekarzem wojskowym w siłach zbrojnych gubernatora Charlesa Gordona. Wkrótce został mianowany gubernatorem egipskiej prowincji Ekwatoria, która obejmowała część dzisiejszego południowego Sudanu i północną Ugandę. Organizował liczne wyprawy badawcze, próbował m.in. dotrzeć do źródeł Nilu. Zmarł - prawdopodobnie zamordowany przez handlarza niewolników - w 1892
roku.



2011-11-15 :: Największa zagadka Afryki

Był chłodny wrześniowy ranek 1871, gdy ekspedycja niemieckiego geologa Carla Maucha minęła Masvingo. Na przedzie szli zwiadowcy z plemienia Shona, za nimi jechali konno poszukiwacze złota z Transwalu, na końcu wieziono tabory: bagaże, namioty, kuchnię, dynamit i oskardy do rozdrabniania kruszcu.


Gdy podróżnicy wjechali na płaskowyż miejscowi przewodnicy zatrzymali się nagle i zaczęli krzyczeć wniebogłosy: „Dzemabwe”–„kamienie” oraz „Dzimba” – domy. Carl Mauch podjechał naprzód i serce zabiło mu mocniej. Zobaczył ogromne, tajemnicze, porzucone miasto.


Wokoło, na przestrzeni 750 hektarów, rozciągały się trzy ogromne kompleksy budowli. Najniżej: Wielka Warownia, owinięta białym 300 metrowym murem o wysokości 10 i szerokości 5 metrów. Gdy podjechał bliżej zauważył, że mur został wykonany z milionów równo pociętych granitowych kostek, połączonych ze sobą bez żadnej spoiny, techniką nieznaną w Afryce, ani w Europie. Tymczasem w około żadnych skał nie było!


Do wnętrza Warowni prowadziło długie, wąskie przejście –korytarz, zakończony brzuchatą, granitową wieżą. Dalej ciągnął się dziedziniec ruin, o średnicy 80 metrów. Czy tajemniczy krąg był dawnym pałacem? Domem królewskich żon? Świątynią? - To możliwe – myślał. - Brzemienna wieża mogła symbolizować płodność, przedmiot kultu Shona, wśród których kobiety pełniły rolę kapłanek i wróżbitek, wpadających podczas rytuałów w trans jasnowidzenia.


Przybysze rozglądali się dokoła. Znajdywali złote, brązowe i miedziane ozdoby, kamienne garnki, niepokojące figurki ze steatytu, przedstawiające ptaka z zakrzywionym dziobem, który miał ludzkie dłonie zamiast szponów. Czy był totemem? Wizerunkiem boga? Znakiem z kosmosu?


Karl Mauch zostawił kolegów w Warowni a sam pobiegł do ciągnącej się wyżej wielkiej Doliny Ruin. Po drodze znajdował szczątki glinianych i kamiennych domów, tygle, formy do wytopu złota, odlane w kształcie litery H lub krzyża. - To musi być stolica biblijnego Ofiru, skąd król Salomon sprowadzał kruszec  – mówił do siebie podekscytowany - albo Punt, zagubiona kraina, do której wielokrotnie wyprawiali się Egipcjanie. Po mirrę, kadzidło, heban, żywicę, gumę, kosztowności, skóry lampartów, żyraf i żywe pawiany. Wywołał z pamięci hieroglif Puntu przedstawiający koronę – może zamek? Wężyk – może rzekę? Zwierzę – może – ptaka... Nie ważne. Był szczęśliwy. W tej chwili przeszedł do historii. On, wychowanek szkoły franciszkanów w Ludwigsburgu, guwerner w bogatych domach, geolog na usługach, stanął w szeregu największych odkrywców.


Spojrzał w górę. Na szczycie wzgórza zobaczył twierdzę otoczoną murem... CDN



2011-11-09 :: Kocham cię jak Zimbabwe

Po dniu pełnym romantycznych i sportowych wrażeń, spędzonych beztrosko nad wodospadami Wiktorii, turyści zjeżdżają gromadnie do restauracji Boma. W drzwiach wita ich zespół bębniarsko - baletowy plemienia Ndebele, obsługa sprawnie pomaga wkładać przybyszom kolorowe tuniki i wskazuje drogę do jadalni.


Przebrani, odświętni i nieco rozbawieni goście, wchodzą do wnętrza ogromnej, stylizowanej afrykańskiej chaty, gdzie kelner wskazuje im odpowiednią „wioskę” – sektor, przestrzeń relaksu, plac zabawy. Boma, jak wszystko wokoło, cieszy się światową renomą, widnieje w przewodnikach gastronomicznych, międzynarodowych rankingach kulinarnych, etc. etc.


Po wejściu: czas do bufetu, po przystawki! Nazwy potraw są naprawdę kuszące: pieczone robaki, wędzony krokodyl, wąż, jądra małpy, polędwica z guźca... wśród dań powinien być jeszcze słoń, ale słoniny akurat zabrakło, albo jej w kulinarnym ferworze nie zauważyłem.


Jak smakuje afrykańska dziczyzna? Fantastycznie! Krokodyl jest kruchy, wytworny, delikatny, antylopa – aromatyczna, wąż trochę twardawy, czarne robale przypominają przypaloną skórę z dużą ilością tłuszczu, jądra – nie wiem, bo pochłaniam wszystko. Doskonałe zimbabweńskie wina leją się strumieniami, bębniarze wykonują szalony, transowy koncert, tancerze demonstrują kunszt nieznany w Europie – goście: Chińczycy, młodzież z PRA, Australijczycy, Anglicy i Polacy wkraczają w pierwszy akt spektaklu. Bardzo starannie wyreżyserowany... 


Czytaj dalej



2011-11-07 :: Elżbieta Dzikowska

Wczoraj prowadzę spotkanie z Elzbietą Dzikowską w Piwnicy pod Baranami. Pani Elżbieta zaczyna - Słuchajcie, rewelacyjna sprawa, pan Jakub właśnie wrócił z Zimbabwe, to cudowny kraj... Dalej lecimy o Wielkim Zimbabwe, parku narodowym Huange, Vic Falls - ta kobieta ma niesłychaną klasę, nieprawdopodobną. Dała mi jeszcze opowiedzieć o Mali. Cudowna!



2011-11-03 :: Filmy

Uwaga, uwaga! Madame et Monsieur je presente, une grande sirpriz - les nouveau films! Jednym słowem: zobaczcie do kieszeni "Filmy" a spotkacie się tam ze mną oko w oko! A  jeśli otworzycie kieszeń "Wystawy" - zobaczycie Festiwal Maroka.



2011-11-01 :: W brzuchu Zimbabwe

W Amsterdamie zimno. Kanały parują. Wokoło unosi się miękki welon śliskiej mgły. Błękitne stewardessy witają pasażerów w drzwiach luksusowego odrzutowca - rozdają koce, poduszki, słuchawki, a podczas lotu wino, obiady, lunche, lody i kompresy na twarze. 10 kilometrów niżej ludzie próbują zaspokoić głód jedząc robaki...


Europa jedzie do Afryki z workiem pełnym leków, z moskitierą, z czapką pszczelarza, z pojemnikiem gazu pieprzowego. Kupiła kompas w sklepie z ignorancją. Naczytała się stereotypów. Myśli: ma tamtym końcu świata połowa ludzi żyje za dolara dziennie, a biały człowiek to żywy bankomat!


Lotnisko w Nairobi lśni czystością. Pracownicy portu nieustannie sprzątają toalety. Do Lusaki lecisz komfortowym boeingiem. W Harare witają Cię uśmiechnięci kontrolerzy. Przed Hotelem Crowne Plaza stoją portierzy w lśniących białych koszulach, błyszczących lakierkach, krawatach, czerwonych, angielskich surdutach – ubrani lepiej od gości, których sprawnie rozlokowują po pokojach. W foyer ktoś gra na fortepianie bluesa... Co jest? Nie rozumiesz.


O świcie wychodzisz do miasta płonącego fioletowymi drzewami jackarandy. Spotykasz chłopców z liceum w modnych garniturach i gimnazjalistki w zabawnych mundurkach. Nikt niczego od Ciebie nie chce, nie oczekuje, nie żąda pieniędzy. Wszyscy się uśmiechają, pozują do zdjęć, pozdrawiają. Co jest, kurczę?


W poszukiwaniu prawdziwej Afryki jedziesz z przyjaciółmi do Mbare. Biały mikrobus opuszcza śródmieście i przeciska się przez wąskie uliczki ogromnego targu. Słyszałeś, że jeśli w Harare zginie samochód – następnego dnia, rozebrany na części, rozejdzie się po straganach  placu. Wokoło trzeszczą migawki, załoga furgonetki robi zdjęcia. Po chwili dwóch chłopców zaczyna machać dłońmi. Wołają – Ej, wy! Co robicie? Pac! w dach samochodu uderza pomidor. Tłum gęstnieje – klisza pamięci przywołuje obraz z reportażu Klausa Brinkbaumera, który wyrzucał za okno banknoty żeby się wydobyć ze slumsów Nigerii. Spoglądasz w twarz kierowcy – jest spokojna... Bo to przecież nie żadna Kibera, Soveto, ani Shanty Towns – ale krakowska Tandeta pomieszana z Kleparzem. Handel. Biznes...


Wokoło buzuje największy targ południowej Afryki. Na straganach leżą ogromne banany, które w klimacie Zimbabwe rodzą się 3 razy w roku, monstrualne marchewki, soczyste pomidory, dalej widać wytwórnie worków sizalowych, małe warsztaty samochodowe, bieda-zakład ulicznego szewca. Na końcu bloki, oplecione siecią talerzy. A dookoła ludzie: pracują, zarabiają, prowadzą interesy. I każdy, nawet analfabeta, mówi po angielsku. Co to ma być, do cholery?!



Strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88