O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2012-10-03 :: Spirytus tango

Ania mówi, że mój blog ocieka alkoholem, a przecież przesadnie nie piję. To prawda. Przynajmniej od roku uprawiam na tej stronie ćwiczenia stylistyczne, zabawę słowami, tworzę barometr nastrojów, zestawiam obrazy, bawię się grą, jednym słowem – przygotowuję umysł do napisania powieści. Gdybym chciał ujawnić swój pamiętnik, o tym jak poszukuję pracy w mieście tak trudnym jak Kraków, zaciekawiłbym pewnie wiele osób, ale… Nie utraciłem jeszcze instynktu samozachowawczego! Kraków, Kraków, Kraków…:


Straszne mieszkania. W strasznych mieszkaniach
Strasznie mieszkają straszni mieszczanie.
Pleśnią i kopciem pełznie po ścianach
Zgroza zimowa, ciemne konanie.


Od rana bełkot. Bełkocą, bredzą,
Że deszcz, że drogo, że to, że tamto.
Trochę pochodzą, trochę posiedzą,
I wszystko widmo. I wszystko fantom.


Sprawdzą godzinę, sprawdzą kieszenie,
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań – na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.


I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…


Głowę rozdętą i coraz cięższą
Ku wieczorowi ślepo zwieszają.
Pod łóżka włażą, złodzieja węszą,
Łbem o nocniki chłodne trącając.


I znowu sprawdzą kieszonki, kwitki,
Spodnie na tyłkach zacerowane,
Własność wielebną, święte nabytki,
Swoje, wyłączne, zapracowane.


Potem się modlą: “od nagłej śmierci…
…od wojny… głodu… odpoczywanie”
I zasypiają z mordą na piersi
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.


 



2012-09-28 :: Budapeszt - Afryka

Atmosfera jest wprost nieziemska. Z głośników płynie świąteczna muzyka, a dookoła tańczą choinkowe zabawki: fantazyjne bańki, wielobarwne aniołki, mieniące się łańcuchy – wszystko najwyższej jakości i we wspaniałym gatunku, podobnie jak stojące w głębi obrazy, doskonałe rzemiosło i pyszna ceramika - dzieła miejscowych artystów - absolwentów ASP z Budapesztu.


Sonia jest zachwycona, zwłaszcza gdy wprost z magicznego sklepu – galerii wpadamy na festyn przyprawiony bluesem, tortem Dobosza, ręcznie wykonanymi czekoladkami, pizzą, lodami, lemoniadą – sam nie wiem czym jeszcze i co się w tym brzuszku zmieści, ale chyba sporo… No i dobrze!


Rano jeździliśmy po skansenie 80-letnią kolejką, miejscową atrakcją turystyczną, z I i II klasą, z konduktorem Andym i maszynistą Peterem – bardzo miłymi facetami, którzy mają podejście do dzieci. Andy był kiedyś kolejarzem, nauczył się po polsku, przeżył 6 małżeństw i ma 10 pociech. Nas polubił szczególnie i gdy tylko wysiądziemy na dłużej, woła za nami po peronie – Polacy! Jeszcze trochę a dałby Soni poprowadzić lokomotywę, co bardzo trudne nie jest, ale zawsze…


Z głośników płynie blues. Szentendre spowija mrok. Wracamy do pensjonatu żeby się przygotować do podróży. Wracam niechętnie. Wciąż myślę o tym, że nie otrzymam posady referenta ds. wydawniczych, ponieważ nie mówię po angielsku, a niemiecki, francuski i rosyjski – to dla zatrudniających - języki martwe. Podobnie jak oni sami. Jak ich pojęcie o rzeczy. I na cholerę angielski w rozmowach z drukarzami? Znam ich i znam drukarski język, bo sam jestem z zawodu drukarzem – najlepiej lubią przez bufet, a fakturę chcą w 14 dni.


Tak sami siebie dyskryminujemy. Bo czy ktoś, kurczę, ośmieli się uzależnić zatrudnienie Francuza albo Niemca od znajomości języka? Wolne żarty. Ale Polak jest ambitny, jest prawie Amerykaninem, mówi po angielsku. - Panowie na prawo, a panie na lewo. Naprawdę czas emigrować do Afryki. Suahili działa w 9 państwach, arabski w kilkunastu, Woolof wystarczy w Senegalu, a Bambara w Mali. Tuaredzy mówią w Tamahak. A HR-owcy z bożej łaski, którzy nie znają wszystkich tych języków, niech mnie przeciągle pocałują w dupę.



2012-09-27 :: Jaka szkoda

Lekkie mgiełki krążą wokół stalowoszarego Margit Hid, kiedy zjeżdżamy rowerami na wyspę i wpadamy do wilgotnego od rosy, oddychającego Dunajem, malarskiego parku. Sonia jest ostatnio przejęta losem księżniczki węgierskiej Małgorzaty, a właściwie dziewięcioletniej Małgosi, zamkniętej w klasztorze dominikanek, jako żywe wotum, za uratowanie ojczyzny. Jedziemy tam powoli po alejkach i żwirowych ścieżkach, wpadamy po drodze na przystań, gdzie mają fajne kajaki, a potem śmigamy do romańskich ruin pośród których dziecko, a później młoda kobieta wiodła rozpaczliwe życie. Jest tutaj jej altanka z fontanną, jest kaplica i grób – obliczamy, że zmarła w wieku 28 lat. – Umarła z nudów – podsumowuje Sonia. Nie bez racji.


Do Bakońskiego lasu już nie dojedziemy, nad Balaton, na winnice w Badacsonyi, do cudownie rozkwitającego nenufarami termalnego Hevitz, do Zalakarosz, do Peczu słynnego z 7 meczetów, na Pusztę… Niestety. Pora wracać. Robić coś mało ważnego, dla rutyny. Powtarzać głupstwa po głupcach. Właśnie mnie przyjęli na studia, więc może to okaże się ciekawe. Chętnie posłucham jak sobie zarządzacie kulturą, panie i panowie, napiszę pracę dyplomową: „Gust urzędników samorządowych, a rozwój sztuki w Małopolsce”, bo to przecież nie Francja, gdzie grant może dostać każdy – tylko wiadomo… Pewnie zrobię nawet listę tych, co dostają zawsze i tych, co nigdy. Aj, aj! Co to za myśli!



2012-09-26 :: Z pamiętnika Soni

- Kocham Budapeszt – mówi wujek. Stoimy na Vaci ut i patrzymy jak lekki, ciepły wiatr od Dunaju przetacza po chodnikach tumany pomarańczowych liści. Świeci skośnie słońce, przyprawione po węgiersku na ostro i na żółto. Wystawy sklepów płoną - od Deak Ferenc Ter aż po Halę Targową, łapią długie promienie i szybko przyklejają do szyb, gęstym klejem jesieni.


Hala handlowa nad rzeką jest naprawdę wspaniała – monumentalna, staroświecka, pachnąca papryką, brzoskwiniami, młodym winem i czerwoną kiełbasą - Godna Paryża, Rzymu, Rabatu i Algieru – wykłada wujek.


Fajne jest to, że od rana udajemy milionerów i przymierzamy w sklepach zegarki po 50 tys. złotych. Fajne są włoskie lody. Fajne prezenty kupiłam w ekskluzywnym sklepie – innych tu zresztą nie ma.


Czas na termy Szechedniego. To coś jakby teatr Słowackiego pełen dużych i małych basenów kąpielowych. Wujek mówi – Teatr secesji! Wielkie rzemiosło! Cud! I podnosi znacząco palec w górę. Fajne jest to, że można się tu gonić od basenu do basenu i pokonywać kolejne, wielkie sale wypełnione marmurowymi posągami, mosiężnymi poręczami, tarasami i Bóg wie czym jeszcze. Wujek ciągle gada i z tego wszystkiego się w końcu zgubił. Gdyby nie ja, pewnie by już pozostał na stałe w swoim ukochanym XIX wieku. Byłby wreszcie spokój. 


Muszę dodać, że fajne było jeszcze ZOO. Zebry, żyrafy, nosorożce, hipopotamy, zwierzęta nocne, no i pokaz tresury fok – który nagrałam aparatem. Ale zdarzyły się też sprawy przykre. Po pierwsze bolały mnie nogi, po drugie szczypią mnie policzki od okularów, po trzecie, nie poszliśmy do cyrku, bo już się skończył spektakl, a wesołe miasteczko też nam jakoś uciekło. Potem, kiedy wujek opowiadał o Placu Bohaterów, słuchałam It’s my life Bon Jovi i nie wiele pamiętam, więc dzień był naprawdę średnio fajny.



2012-09-25 :: Nie ma czasu na głupstwa

Zamek w Wyszehradzie, wczesnym, jesiennym rankiem, wygląda wspaniale, wypiętrzony ostro na tle błękitnego nieba, otoczony zielonymi wzgórzami i koronkowym pasmem mgieł, które rzednąc, rozświetlają Dunaj na czerwono. Jest tu zaklęta w kamieniu wielka historia państwa węgierskiego i sztuczna jak plastyk współczesność, wcielona w woskowe postacie królów, przesiadujących w komnatach, niczym w panoptikonie madame Tissot.


Laszlo mówił mi wczoraj, że za czasów Kadara było lepiej. Piliśmy sześcioletnią barak palinkę, pogryzali słodkie jak lukier winogrona i wspominali młodość. – Wiesz, że dopiero badanie Afryki uzmysłowiło mi dlaczego Gierek brał pożyczki i inwestował w przemysł ciężki? – zagaiłem. - To samo robili W Ghanie, Tanzanii, Egipcie – za radą francuskich ekonomistów. Zachodni uczeni po prostu się pomylili, a potem wszystko spadło na biednego Edka. – I na biednego Janosza – dodał Laszlo – wznosząc kielich.


Ale teraz słońce rozświetla już Wyszehrad, wieje ciepły wiatr, po Dunaju suną wielkie barki wypełnione samochodami i Bóg wie czym jeszcze, a Sonia mówi, że dzień zapowiada się spoko, bo jest fajnie, a zaraz idziemy na termy. Baseny są jeszcze pełne słońca, liści, kasztanów i ciepłej wody, ale już bezludne i zabawa trwa do wieczora. Jest tylko jeden minus. Sonia sobie otarła policzki od plastykowych okularów. Zastanawiamy się też poważnie czy należy odrabiać zadane lekcje, skoro przecież nasza podróż jest nieustanną lekcją kultury węgierskiej. Więc po co tracić czas na głupstwa? 



2012-09-23 :: Najgorszy dzień życia

Dziś był najgorszy dzień w życiu Soni. Po pierwsze był najgorszy dlatego, że w południe wujek zrobił bilans słodyczy i wyliczył, jak stary zgred, że zjadła już: pół tabliczki czekolady, 2 połówki czekoladek nadziewanych marcepanem, 2 gałki lodów oraz dwie kolejne czekoladki i powiedział: „Dość”. Po drugie był to najgorszy dzień w życiu Soni dlatego, że musiała siedzieć 20 minut w basenie termalnym – a nie w olimpijskim. „To było piekło” – podsumowała po upływie kwadransa. Potem coś się zmieniło, bo postanowiła kupić w Sentendre sporych rozmiarów willę z przeszkloną wieżą, wychodzącą na Dunaj. Pieniądze mają pochodzić z wygranej w totolotka, budynkiem ma się na razie zająć bezrobotny wujek. Napisze w nim powieść na miarę Harrego Pottera, zaprzyjaźni się z miejscowymi artystami, w ogóle da się poznać, zanim Sonia nadrobi angielski i przyjedzie do szkoły w Budapeszcie, który przebija nasze miasto pod każdym względem. Choćby wesołym miasteczkiem albo kąpieliskami Seczenistrandu. No i te ciastka. Wytrawne, ale wspaniałe. No i ludzie. No i metro. W ogóle! Jak mówi wujek – zamiast zapierdzianego Krakowa – Wielki Świat.



2012-09-22 :: Szentendre

Pierwszy dzień jesieni uczciłem z Sonią i Anią naKremnickich Vrchach, pachnących słońcem, rozgrzaną ziemią i wilgotnymi liśćmi. W cichych zazwyczaj Dudincach obchodzono akurat święto wina. Miejscowi gospodarze częstowali nas cierpkimi trunkami i matierakami, małymi ciasteczkami nadziewanymi szpinakiem i czym kto lubi. Do tańca przygrywała kapela z Babic: troje skrzypiec, basetla, akordeon, a do tego fantastyczny, stalowy głos wokalistki, młodej kobiety w czarnej chuście i spódnicy, przepasanej bordowym fartuchem. Nutki były słowackie, węgierskie, południowe. Jakby tych muzyków pokazano w telewizji, mogliby zrobić karierę klasy Bregowicza. Gorsi w każdym razie nie byli.


Potem Sonia bała się płynąć przez Dunaj na małej tratwie, przytwierdzonej do pordzewiałej łajby, która wyglądała tak, jakby szła w swój ostatni rejs. Ostatecznie pragnienie przeżycia przygody zwyciężyło. Czerwonogęby kapitan dał sygnał, EEEEE, skasował nas na 2600 F i wypłynęliśmy na środek ołowianej rzeki. Trochę trzęsło, wszyscy się śmiali, w końcu dobiliśmy do brzegu.


Przed nami wyrosło serbskie miasto z XIII wieku, znane z unikalnego, miękkiego, wspaniałego światła. Podobne jest jeszcze tylko na Lofotach. Nie bez przyczyny zarejestrowano tu 80 pracowni malarskich!!! Wszędzie dokoła artyści. Lubię szczególnie rzeźbiarzy, choć ceramicy też mają swoją klasę. Ech, Szentendre, Szentendre!



2012-09-21 :: 7 wino

Piję 7 wino w Vigado, restauracji 7 kategorii (zbieżność liczb jest przypadkowa), gdy nieoczekiwanie dostaję sygnał z Warszawy - mój przyjaciel Wojtek - przesyła ciepły, świeży kawałek snu. Jest w nim coś twardego, jak grunt pod stopami i coś miękkiego - jak obietnica nadchodzącej przyszłości, jak odwrócenie złego trendu. Piję za zdrowie przyjaciół. Naprawdę warto czasem szlifować bruki, żeby zobaczyć jak wielu ich jest. A pomaga mi ze 20 osób. Coś absolutnie wspaniałego. Wasze! Na scenę w knajpce wchodzi pianista w wyszmelcowanym garniturze, jest lekko wlany. Gra zamaszyście Nad Modrym Dunajem - elektrycznie i ekstatycznie zarazem, chce mi się tańczyć, zabawa wchodzi na wysokie obroty. La, la, la, la..



2012-09-21 :: Z łezką w oku

Moja pierwsza samodzielna podróż zagraniczna… Budapesztańska zima 1973. Miałem 15 lat. Jechałem do nieznanego kraju - bez żadnych doświadczeń i bez znajomości języka! Mama wręczyła mi bilet kolejowy i bony, które trzeba było wymienić w Ibuszu. Całus w czoło na drogę! Byłem w 7 niebie!


Najpierw zamieszkałem w hotelu… Ale jakim? Gdzieś przy Bajza ut. Po kilku dniach przeniosłem się do apartamentów węgierskiego arystokraty, który miał siwe, kręcone włosy pudla, wodniste oczy i okazał się być niegroźnym homo, co jednak robiło mi różnicę, więc wynająłem kwaterę u miejscowego robotnika. Codziennie, przed śniadaniem, częstował mnie suchym ciastem drożdżowym i pięćdziesiątką czystej.


Zaprzyjaźniłem się z młodzieżą z budapeszteńskiej szkoły aktorskiej. To właśnie z nimi po raz pierwszy odwiedziłem Wyspę św. Małgorzaty i Sentendre, a potem koedukacyjną łaźnię parową… Polubiłem dziewczynę. Nauczyła mnie pić czerwone wino i jeść gorące sandwicze z szynką. Rano jeździliśmy żółtym metrem na Plac Bohaterów, a wieczorami włóczyliśmy się po Vaci ut. Lubiłem patrzeć, jak światła mostów odbijają się w połyskującym od gwiazd Dunaju. Lubiłem słuchać kapel grających czardasza i pijackich śpiewów dobiegających z okolicznych winiarni.


Siedzę w kawiarni, która ma dawny wielki styl, popijam białe wino, i myślę o historii. Mój dziadek podczas pierwszej wojny światowej stacjonował na Węgrzech - w Shombately, zakochał się, myślał o pozostaniu tu na stałe. Ojciec miał w Budapeszcie przyjaciela dr. Imre Matrai - z pewnością opróżnili nie jedną szklanicę. Klęli wspólnie na ustrój i upadek tradycji. Zastanawiam się, gdzie jest mój przyjaciel, aktor, Peter Tihanyi? Czy zrobił karierę na miarę swoich marzeń? Czy pozostaje na zasiłku? Co mu powiem o sobie? Że sprawy się skomplikowały? Czy coś? Wokoło rozgrywa się teatr miasta, które bije Warszawę na głowę. Ma w sobie esprit! Z błękitnego nieba spadają przypalone liście. Żółte tramwaje lekko pojękują na zakrętach, z kół sypią się iskry. Po Dunaju płyną wielkie, czerwone barki. Budapeszt!



2012-09-21 :: Węgierskie barwy

Metro niebieskie wiezie turystów wprost do Budy, metro żółte, zwane małym, triumfalnie zajeżdża na Plac Bohaterów, gdzie po wojnie mieszkał Nemeczek, albo ktoś, kto się za niego podawał. A metro czerwone – rozwozi szary, węgierski tłum na przyprawione postkomunistycznym brudem - obrzeża metropolii. Od razu przypomina się Tuwim:


„Na cmentarz żółta trójka wiedzie,
Do domu szóstka granatowa,
Zieloną czwórką się dojedzie
Do zielonego Helenowa.
Popatrz na usta tej dziewczyny,
Podręcznej z magazynu mód:
A kolor ich niebieskosiny,
Bo smutno, trudno, chłód i głód.
Piątka spod lasu też zielona,
Lecz białym pasem przedzielona;
W tryby maszyny rozpętanej
Robotnik rzuca resztki sił.
A kolor jego ołowiany,
Bo na nim metalowy pył.
Dziesiątka jest niebiesko-biała,
Dwójka czerwienią fabryk pała,
W drukarni znad zecerskiej kaszty
Rumieńcem płonie chuda twarz,
A kolor jego jest ceglasty -
- I całą "Farbenlehre" masz”.


Skojarzenia drukarsko – redakcyjne są przypadkowe, ale rytm wiersza świetnie oddaje ruch i dynamikę miasta, a obrazy korespondują z dekadenckim i staroświeckim nastrojem Budapesztu: „W bramie robotnik usiadł stary, suche kartofle z miski je, a kolor jego żółtoszary, bo głodno, chłodno, brudno, źle”. Ech, dosyć poezji - pora na wino, śpiew, hulanki!



Strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88