O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2012-10-23 :: Madame Buffe

Madame Buffe ma ogromne orzechowe oczy i nosi związaną w turban kolorową chustę. Kiedy opowiada mi, przy kawie i słodkich ciasteczkach, o swoim życiu u boku męża lenia, fajtłapy, erotomana, pijaka, no w ogóle wielkiego zera, który potrafi tylko chlać i robić dzieci, myślę z wdzięcznością o swojej nauczycielce języka francuskiego. To dzięki jej uporowi, my, młodzi chuligani z Nowej Huty, pokochaliśmy język Wiktora Hugo. Jak to zrobiła? Nie wiem. Wiem jednak, że większość kolegów, cierpiących dziś na przypadłości opisane przez Madame Buffe – ma jakiś cień sentymentu do Paryża, jego piosenek, a choćby do calvadosu, armaniaku,  bojole.. namiastek kultury francuskiej. Podaliśmy sobie dłonie w progu kawiarni. Jej ręka była delikatna i wilgotna.


Z oddali zobaczyłem miasto - podpierające niebo białe wafle wieżowców, powtykane niedbale w szachownicę ulic, rozlewających się na obrzeżach w afrykańskie slumsy. Chodnikami władał kolorowy tłum: żebrzące dzieci, czarni jak heban sprzedawcy toreb - podrabianych perfum, zegarków, okularów, koszulek - posiadacze ręcznych wózków i ulicznych straganów; wreszcie pędzący przed siebie przechodnie w jaskrawych koszulach. Jezdnie przecinały żółto-niebieskie carrapidy i stare, spocone, cytrynowe, taksówki. Wszystko w około żyło: gorąco, ruchliwie, tłocznie, szybko i radośnie, biegło, śmiało się, klaskało w dłonie, pokrzykiwało, puszczało muzykę tańczyło i śpiewało.


Nagle przypominałem sobie wiersz Senghora: „Jesteś chora z tęsknoty za Dakarem, za tym niebem i tym piaskiem, i morzem. Ja tęsknię za tobą jak za młodzieńczym szczęściem w jesieni...” Wiatr niósł zapach oceanu – świeżych ryb i morskich wodorostów.



2012-10-21 :: Artysta w Tabacunda

Zmęczony upałem rolnik idący obok małego, drewnianego wózka, ciągniętego przez chudego konika, wyłonił się zza zakrętu nieoczekiwanie. Mocna, czarna sylwetka i ostry, szpiczasty nos zdradzały Wolofa. Bez słowa załadował leżące na poboczu samochodowe koło do środka i niespiesznie ruszył naprzód.


Jego przodek, legendarny przywódca plemienia - Ndiadian Ndiaja, w XIII wieku założył tu królestwo Djolof. Był synem marokańskiego wojownika oraz księżniczki z Futa Toro. I był afrykańskim Hamletem. - Gdy jego ojciec zginął w bitwie, a matka wyszła za mąż za niewolnika, uciekł z domu przed hańbą – opowiada Wolof -Błąkał się samotnie wśród bagien, wyszedł dopiero po latach, żeby rozsądzić spór rybaków. Zaprowadzili go do czarownika, który krzyknął – Ndiadian o! „Nadzwyczajne”. I polecił czcić jak króla. Tak mówi legenda.


W kulturze senegalskiej wszystko miało ludzką miarę. Żeby zostać przywódcą plemienia trzeba było uprawiać politykę: prowadzić kampanię wyborczą, zabiegać o poparcie reprezentującej wszystkie kasty rady elektorów, a po wyborze uzgadniać decyzje ze starszyzną. Taka demokracja, powiedzmy parlamentarna, zawsze była obecna w Afryce!


 - Wszyscy w plemieniu mieli wysokie poczucie godności osobistej. Uważali się za „pięknie urodzonych” i zobowiązanych do odegrania „pięknej roli”, do demonstrowania opanowania, odwagi, prawości, grzeczności, lojalności, wierności i hojności – pisze znawca Afryki, ojciec polskiego prezydenta – Zygmunt Komorowski. Ale co z tego wszystkiego zostało po kolonizacji, kiedy wyrżnięto senegalskich wojów?


Tabacunda, to niewielkie miasteczko, jest tu knajpa, warsztat samochodowy i kino, „Ciemna le Paris”. Kiedy kolejny Woolof zajmuje się naprawą zepsutego nissana wchodzę z drinkiem do małej, dusznej salki kinowej, żeby obejrzeć „Artystę”.


Jean Dujardin jest geniuszem! Michel Hazanavicius jest geniuszem. Widziałem kilka filmów na ten sam temat i wszystkie były strasznie płaskie. Gość traci zawód, odbudowuje się, kształci, wraca do życia – nic! Narracja "Artysty" jest krańcowa. Facet spada na samo dno. Uratować może go tylko przypadek, pomaga miłość psa lecz decyduje miłość kobiety. Tak właśnie bywa w życiu. Berénice Bejo jest przekonywująca. Jest główną bohaterką filmu. No i to wysmakowanie estetyczne – mój Boże! I jakieś jednak podobieństwo do własnego losu…


Kiedy wzruszony wychodzę z seansu nad miasteczkiem wiszą już ogromne gwiazdy. Grają afrykańskie świerszcze. Ciepły wiatr rozwiewa piach na drodze.



2012-10-20 :: Droga do Tabacunda

Szosa jest niemal pusta. Wokoło coraz częściej widać wielkie, życiodajne drzewa, które, jak mówi obiegowe powiedzonko – szatan posadził korzeniami ku niebu. Baobaby wypełniają życie mieszkańców sawanny od urodzenia aż do śmierci: niemowlęta są myte w naparze ze sproszkowanych liści, a w dziuplach drzew grzebie się plemiennych griotów – opowiadaczy, pieśniarzy, dziejopisów, satyryków, muzyków i artystów - lokalnych Homerów. Tradycyjna kultura splata się tu z naturą, tworząc wielką kosmiczną, nierozdzielną jedność!


Baobaby są dobroczynne. W otworach ich wielkich pni gromadzi się smaczny sok, z kory powstaje włókno służące do wyplatania koszy. Owoce, zwane „małpim chlebem”, można jeść, robić z nich smaczne mleczko, palić jak tytoń, przerabiać na mydło albo dodawać do ognia podczas wędzenia ryby. Gałązki stanowią składnik zup, ususzone liście to podstawa sosu too, przypominającego smakiem szpinak... Baobab ma również właściwości lecznicze: napary i sproszkowane części drzewa leczą: astmę, dyzenterię, anemię, owsiki, odrę, różyczkę, łagodzą ból po ugryzieniu insektów...


50 km od Tambacounda, w szczerym polu, mój stary nissan złapał gumę, potoczył się z piskiem w bok, zipnął i zamarł. Wokoło było pusto. Tylko wiatr, dla zabawy, porywał z szosy wielkie kłęby piasku, stawiał pionowo na baczność, a potem wprawiał w szalony taniec…


Sięgnąłem po senegalskie piwo La Gazelle, o zawartości 4,5 procent. Poczułem głęboki spokój. Tak daleko od Babilonu! 



2012-10-14 :: W drodze

To już Senegal. Od morza wieje łagodny Alize, ożywcza bryza niesie zapach ryb i cierpki aromat wodorostów. Na plaży, ciągnącej się wzdłuż drogi, rybacy z plemienia Lebu układają czerwone dorady, różowe karpie, białe sole, płaty rekina, ogromne tuńczyki, mieczniki, lotty o świetnym, delikatnym mięsie i najwykwintniejsze - thiofy.


W pobliskiej wiosce odbywa się ceremonia „ndoep”: rytualny trzydniowy taniec, w trakcie którego matki, żony i dziewczęta, przywołują duchy przodków. Przystrojone w kolorowe tuniki, tańczą, podskakując wysoko w górę i rytmicznie wymachują ramionami. Wpadają w trans, padają na ziemię, dostają drgawek, mdleją.


Kiedy nadciąga święty wiatr – barwy gasną. Poprzez tumany kurzu widać tylko kontury tańczących, które mnożą się i zwielokrotniają, jak zawsze, kiedy duchy zstępują na ziemię. Zwabieni magicznym rytuałem zmarli krewni przybywają, żeby dodać ludziom nadziei: uleczyć chore dziecko, zapobiec nieszczęściu, zapewnić powodzenie. Jeśli ich interwencja nie pomoże, nocą swe rytuały rozpoczynają kapłani Rab – afrykańskiego voo doo...


Duchowość Senegalskich plemion fascynuje. Liryczni Sererowie – niegdyś wyznawcy reinkarnacji - mają uzdolnienia hipnotyzerskie, jasnowidzą, posługują się telepatią i bilokacją – w razie potrzeby mogą się transformować, podczas snu, do krewnego oddalonego o setki kilometrów, aby udzielić mu wsparcia i pouczeń. Nieujarzmieni Diola wierzą, że każdy człowiek ma duchowego sobowtóra – zwierzę, które musi odnaleźć w świętym lesie i którym się musi opiekować. Nieustraszeni Wolofowie – niegdyś Strzelcy Senegalscy – spotykają się nocą ze zjawami. Żyją z nogami na ziemi ale z głową w chmurach!


A dookoła święte baobaby…



2012-10-12 :: Mauretania

Za oknem płynie żółć. Potem brąz. Z rzadka uderza oślepiający flesz słońca, odbitego nagle w dachach blaszanych bieda domków. Wokoło tylko piach i kamienie, glina i kamienie, asfalt i kamienie. Wielka rozgrzana kuchnia Sahelu. Po stanie samochodów widać, że to Mauretania. Saharyjskie auta przypominają wielkie, cmentarne wraki – straszliwie pogięte, zdeformowane, zapadające się ku szosie albo dziwacznie wybrzuszone w jedną stronę – pozbawione świateł, klaksonów, obładowane ciężkimi workami ziemniaków –  straszą po nocach jak wampiry. Za dnia są jednak pełne dumy, lśnią w słońcu, jakby chciały krzyknąć: - My, weterani szos, jesteśmy nie do zastąpienia...


Tuż za zakrętem czeka patrol drogówki. - Proszę otworzyć drzwi – żąda gruby policjant.– Widzę tu wielki bałagan, co w naszym kraju jest przestępstwem. Ponieważ złamał Pan przepisy o zdrowiu publicznym – wymierzymy mandat...


Afryka! Afryka!



2012-10-12 :: W drogę

 Na posiedzeniu Zarządu, w dniu 12.10. 2012 r., zostałem przyjęty  w poczet członków Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego. Długo oczekiwana satysfakcja. Wśród gigantów jestem zaledwie wróbelkiem. Ale jestem!



2012-10-11 :: Toast za Mo

Na wiadomość o przyznaniu wielkiej literackiej czekaliśmy w Cafe de Paris w Casablance, gdzie mają już Internet, więc mogliśmy od razu posłać gratulacje staremu kumplowi Mo Janowi. Znamy się jeszcze z czasów Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Służył wtedy z wielkim zaangażowaniem w komuszym wywiadzie, świadcząc przy okazji usługi czerwonej propagandzie, tłamszącej szczególnie rekrutów z Tybetu.


Przechadzając się po wspaniałym ogrodzie naszej ambasady, którą Jan odwiedzał z okazji spotkań literackich, dużo gadaliśmy o jego drugiej książce: „Hong gaoliang jizu” - którą czuć było na kilometr Marquezem. Mówiłem mu, że strasznie to nieprawdziwe, sztucznie i w ogóle - na Zachodzie się jednak nie kapnęli, a reżym też wolał realizm magiczny od krytycznego. Mo, podobnie jak Mao, poszedł więc jedynie słuszną drogą. Dziś ma obfite piersi, pełne biodra i przebywa, gdy tylko zechce w krainie wódki. Zdrowie!



2012-10-10 :: Delegacja

Ciemne niebo miękko otula srebrne gwiazdy. Księżyc, zimny i mokry od nadmorskiej mgły, liże jak pies skrzydła  boeinga. Agadir – rozświetlona lampkami wielka, świąteczna choinka - wyłania się nieoczekiwanie . Widać odbijające się w zatoce latarnie portowe, pulsujące bulwary, rozrzucone na wzgórzach latarenki willi. Po upale dnia nastaje miły chłód nadmorski, z ogrodów unosi się upajająca woń nieznanych w naszym klimacie kwiatów. Błogosławione wybrzeże śródziemnomorskie – zapisał w kajeciku ojciec Karol.


Zawieszony między niebem a ziemią, myślę o własnej tożsamości: paszporcie, umożliwiającym sprawną nawigację w życiu. Po utracie starej, trzeba wyrobić sobie nową, a w tym celu najłatwiej zostać podróżnikiem: od razu wiadomo, kto zacz, czym się zajmuje i w ogóle. Może nawet uchodzić za pisarza, żyć jak włóczęga, filozofować i moralizować. 


Żółta taksówka, pulsująca muzyką Rai, jedzie szybko na plażę. W około jest biało - błękitnie - trochę z europejskim szykiem, a trochę syfiaście i śmierdzaco, bo nie miał kto zadbać, wymalować, pozbierać, posprzątać. I to również wydaje się świetne: kot jedzący na chodniku rybę, leżący na ławce staruszek w dżelabie, wracający do domu nieogolony uliczny sprzedawca z drewnianą tacą na piersiach. Trochę się tu rozejrzę, bo jest fajnie, a rano  idę po mauretańską wizę…



2012-10-09 :: Dakar

Lody ruszyły, panowie przysięgli. Sesja trwa. Defiladę poprowadzę osobiście.



2012-10-06 :: Powitanie jesieni

Zachciało mi się czerwonych jabłek z miechowskiego sadu: małych, twardych, słodkich - pachnących chłodnym słońcem, lekkim wiatrem, młodym deszczem, dymem z jesiennych ognisk i czymś jeszcze. Czymś, co potrafią nazwać jedynie poeci. Zachciało mi się orzechów - białych móżdżków, pokrytych delikatną, brązową błonką, które pozostawiają na palcach brązowe plamy, a w ustach słodką gorycz. Zachciało mi się ostatnich tegorocznych malin, nabrzmiałych słodyczą, zwisających jak latarenki na pustych, ogołoconych z liści krzakach. I kiedym tak zbierał jesień do plastykowych palet, pochłonięty jej gęstym jak syrop aromatem, kiedym przedzierał się przez złote gałęzie, kiedym ocierał czoło od potu, anim się spostrzegł, jak noc naciągnęła nad sad swoją czarną chustę, z zarysami obłoków, z kolekcją srebrnych od cynfolii gwiazd. I pac. W gardle mam dwa ogniste sztylety, a w pokoju, wszędzie dokoła, skrzynki pełne pachnących owoców. Więc co? Więc pali się w piecu kaflowym. Herbatki się pije z sokiem malinowym, doktora się przyjmuje, głaszcze się kota sąsiadów, małego wariata, który przyszedł na przeszpiegi. A ponad domem, ponad sadem, przechadza się wielki styropianowy Księżyc, pomalowany złotą farbką, jako atrybut i jako konieczne dopełnienie jesiennej suity.



Strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88