O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2011-11-01 :: W brzuchu Zimbabwe

W Amsterdamie zimno. Kanały parują. Wokoło unosi się miękki welon śliskiej mgły. Błękitne stewardessy witają pasażerów w drzwiach luksusowego odrzutowca - rozdają koce, poduszki, słuchawki, a podczas lotu wino, obiady, lunche, lody i kompresy na twarze. 10 kilometrów niżej ludzie próbują zaspokoić głód jedząc robaki...


Europa jedzie do Afryki z workiem pełnym leków, z moskitierą, z czapką pszczelarza, z pojemnikiem gazu pieprzowego. Kupiła kompas w sklepie z ignorancją. Naczytała się stereotypów. Myśli: ma tamtym końcu świata połowa ludzi żyje za dolara dziennie, a biały człowiek to żywy bankomat!


Lotnisko w Nairobi lśni czystością. Pracownicy portu nieustannie sprzątają toalety. Do Lusaki lecisz komfortowym boeingiem. W Harare witają Cię uśmiechnięci kontrolerzy. Przed Hotelem Crowne Plaza stoją portierzy w lśniących białych koszulach, błyszczących lakierkach, krawatach, czerwonych, angielskich surdutach – ubrani lepiej od gości, których sprawnie rozlokowują po pokojach. W foyer ktoś gra na fortepianie bluesa... Co jest? Nie rozumiesz.


O świcie wychodzisz do miasta płonącego fioletowymi drzewami jackarandy. Spotykasz chłopców z liceum w modnych garniturach i gimnazjalistki w zabawnych mundurkach. Nikt niczego od Ciebie nie chce, nie oczekuje, nie żąda pieniędzy. Wszyscy się uśmiechają, pozują do zdjęć, pozdrawiają. Co jest, kurczę?


W poszukiwaniu prawdziwej Afryki jedziesz z przyjaciółmi do Mbare. Biały mikrobus opuszcza śródmieście i przeciska się przez wąskie uliczki ogromnego targu. Słyszałeś, że jeśli w Harare zginie samochód – następnego dnia, rozebrany na części, rozejdzie się po straganach  placu. Wokoło trzeszczą migawki, załoga furgonetki robi zdjęcia. Po chwili dwóch chłopców zaczyna machać dłońmi. Wołają – Ej, wy! Co robicie? Pac! w dach samochodu uderza pomidor. Tłum gęstnieje – klisza pamięci przywołuje obraz z reportażu Klausa Brinkbaumera, który wyrzucał za okno banknoty żeby się wydobyć ze slumsów Nigerii. Spoglądasz w twarz kierowcy – jest spokojna... Bo to przecież nie żadna Kibera, Soveto, ani Shanty Towns – ale krakowska Tandeta pomieszana z Kleparzem. Handel. Biznes...


Wokoło buzuje największy targ południowej Afryki. Na straganach leżą ogromne banany, które w klimacie Zimbabwe rodzą się 3 razy w roku, monstrualne marchewki, soczyste pomidory, dalej widać wytwórnie worków sizalowych, małe warsztaty samochodowe, bieda-zakład ulicznego szewca. Na końcu bloki, oplecione siecią talerzy. A dookoła ludzie: pracują, zarabiają, prowadzą interesy. I każdy, nawet analfabeta, mówi po angielsku. Co to ma być, do cholery?!



2011-10-30 :: Zdjęcia

Całą noc wywoływałem zdjęcia z Zimbabwe. Co za pech! Konwerter był ustawiony na jpg zamiast na Tify i teraz nie zaingeruję już w obrazy. Mogę to przypisać tylko permanentnemu zmęczeniu. No, nic. Jak będzie trzeba to się powtórzy cały proces - tylko kiedy? Na pierwszy ogień do druku pójdą foty z Mbare - jest tam kadr godny nagrody i polityczny zarazem. Na razie muszę jakoś łatać - zanim się przygotuję do pisania poważnych tekstów. Równocześnie powtarzam francuski, szkolę na nowy system, o horoskopach całkiem zapomniałem. Cała konstrukcja ledwie sie trzyma. Na pociechę powiem, że zdjęcia z Afryki wyszły lepiej niż myślałem. O kurczę! Portrety muszę pomniejszyć i posłać uczestnikom wycieczki... Przepraszam!



2011-10-27 :: Powrót z gwiazd

Odkąd wróciłem z Zimbabwe, każdego dnia wybucha bomba atomowa. Doszło do tego, że nie przygotowuję się na lekcje francuskiego - kto mnie zna, ten wie, co to oznacza. Ciężki rozkmin. Chowam się w przestrzeni snu. Robię tylko to, co jest konieczne, bo dookoła świat pędzi  z prędkością ponaddźwiękową. Redakcję powoli trafia szlag - może w ogóle prasę, bo te zjawiska są przecież ogólne. Przeprowadzamy się w nowe miejsce, bez starych naczelnych, za to z nowym systemem komputerowym - trzeba go opanować. Czy się cieszę, że mnie jeszcze nie wypieprzono? Nie wiem. Jestem daleko od Harare, Adis i Bamako. Coraz dalej.