O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2012-09-22 :: Szentendre

Pierwszy dzień jesieni uczciłem z Sonią i Anią naKremnickich Vrchach, pachnących słońcem, rozgrzaną ziemią i wilgotnymi liśćmi. W cichych zazwyczaj Dudincach obchodzono akurat święto wina. Miejscowi gospodarze częstowali nas cierpkimi trunkami i matierakami, małymi ciasteczkami nadziewanymi szpinakiem i czym kto lubi. Do tańca przygrywała kapela z Babic: troje skrzypiec, basetla, akordeon, a do tego fantastyczny, stalowy głos wokalistki, młodej kobiety w czarnej chuście i spódnicy, przepasanej bordowym fartuchem. Nutki były słowackie, węgierskie, południowe. Jakby tych muzyków pokazano w telewizji, mogliby zrobić karierę klasy Bregowicza. Gorsi w każdym razie nie byli.


Potem Sonia bała się płynąć przez Dunaj na małej tratwie, przytwierdzonej do pordzewiałej łajby, która wyglądała tak, jakby szła w swój ostatni rejs. Ostatecznie pragnienie przeżycia przygody zwyciężyło. Czerwonogęby kapitan dał sygnał, EEEEE, skasował nas na 2600 F i wypłynęliśmy na środek ołowianej rzeki. Trochę trzęsło, wszyscy się śmiali, w końcu dobiliśmy do brzegu.


Przed nami wyrosło serbskie miasto z XIII wieku, znane z unikalnego, miękkiego, wspaniałego światła. Podobne jest jeszcze tylko na Lofotach. Nie bez przyczyny zarejestrowano tu 80 pracowni malarskich!!! Wszędzie dokoła artyści. Lubię szczególnie rzeźbiarzy, choć ceramicy też mają swoją klasę. Ech, Szentendre, Szentendre!



2012-09-21 :: 7 wino

Piję 7 wino w Vigado, restauracji 7 kategorii (zbieżność liczb jest przypadkowa), gdy nieoczekiwanie dostaję sygnał z Warszawy - mój przyjaciel Wojtek - przesyła ciepły, świeży kawałek snu. Jest w nim coś twardego, jak grunt pod stopami i coś miękkiego - jak obietnica nadchodzącej przyszłości, jak odwrócenie złego trendu. Piję za zdrowie przyjaciół. Naprawdę warto czasem szlifować bruki, żeby zobaczyć jak wielu ich jest. A pomaga mi ze 20 osób. Coś absolutnie wspaniałego. Wasze! Na scenę w knajpce wchodzi pianista w wyszmelcowanym garniturze, jest lekko wlany. Gra zamaszyście Nad Modrym Dunajem - elektrycznie i ekstatycznie zarazem, chce mi się tańczyć, zabawa wchodzi na wysokie obroty. La, la, la, la..



2012-09-21 :: Z łezką w oku

Moja pierwsza samodzielna podróż zagraniczna… Budapesztańska zima 1973. Miałem 15 lat. Jechałem do nieznanego kraju - bez żadnych doświadczeń i bez znajomości języka! Mama wręczyła mi bilet kolejowy i bony, które trzeba było wymienić w Ibuszu. Całus w czoło na drogę! Byłem w 7 niebie!


Najpierw zamieszkałem w hotelu… Ale jakim? Gdzieś przy Bajza ut. Po kilku dniach przeniosłem się do apartamentów węgierskiego arystokraty, który miał siwe, kręcone włosy pudla, wodniste oczy i okazał się być niegroźnym homo, co jednak robiło mi różnicę, więc wynająłem kwaterę u miejscowego robotnika. Codziennie, przed śniadaniem, częstował mnie suchym ciastem drożdżowym i pięćdziesiątką czystej.


Zaprzyjaźniłem się z młodzieżą z budapeszteńskiej szkoły aktorskiej. To właśnie z nimi po raz pierwszy odwiedziłem Wyspę św. Małgorzaty i Sentendre, a potem koedukacyjną łaźnię parową… Polubiłem dziewczynę. Nauczyła mnie pić czerwone wino i jeść gorące sandwicze z szynką. Rano jeździliśmy żółtym metrem na Plac Bohaterów, a wieczorami włóczyliśmy się po Vaci ut. Lubiłem patrzeć, jak światła mostów odbijają się w połyskującym od gwiazd Dunaju. Lubiłem słuchać kapel grających czardasza i pijackich śpiewów dobiegających z okolicznych winiarni.


Siedzę w kawiarni, która ma dawny wielki styl, popijam białe wino, i myślę o historii. Mój dziadek podczas pierwszej wojny światowej stacjonował na Węgrzech - w Shombately, zakochał się, myślał o pozostaniu tu na stałe. Ojciec miał w Budapeszcie przyjaciela dr. Imre Matrai - z pewnością opróżnili nie jedną szklanicę. Klęli wspólnie na ustrój i upadek tradycji. Zastanawiam się, gdzie jest mój przyjaciel, aktor, Peter Tihanyi? Czy zrobił karierę na miarę swoich marzeń? Czy pozostaje na zasiłku? Co mu powiem o sobie? Że sprawy się skomplikowały? Czy coś? Wokoło rozgrywa się teatr miasta, które bije Warszawę na głowę. Ma w sobie esprit! Z błękitnego nieba spadają przypalone liście. Żółte tramwaje lekko pojękują na zakrętach, z kół sypią się iskry. Po Dunaju płyną wielkie, czerwone barki. Budapeszt!