O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2012-09-26 :: Z pamiętnika Soni

- Kocham Budapeszt – mówi wujek. Stoimy na Vaci ut i patrzymy jak lekki, ciepły wiatr od Dunaju przetacza po chodnikach tumany pomarańczowych liści. Świeci skośnie słońce, przyprawione po węgiersku na ostro i na żółto. Wystawy sklepów płoną - od Deak Ferenc Ter aż po Halę Targową, łapią długie promienie i szybko przyklejają do szyb, gęstym klejem jesieni.


Hala handlowa nad rzeką jest naprawdę wspaniała – monumentalna, staroświecka, pachnąca papryką, brzoskwiniami, młodym winem i czerwoną kiełbasą - Godna Paryża, Rzymu, Rabatu i Algieru – wykłada wujek.


Fajne jest to, że od rana udajemy milionerów i przymierzamy w sklepach zegarki po 50 tys. złotych. Fajne są włoskie lody. Fajne prezenty kupiłam w ekskluzywnym sklepie – innych tu zresztą nie ma.


Czas na termy Szechedniego. To coś jakby teatr Słowackiego pełen dużych i małych basenów kąpielowych. Wujek mówi – Teatr secesji! Wielkie rzemiosło! Cud! I podnosi znacząco palec w górę. Fajne jest to, że można się tu gonić od basenu do basenu i pokonywać kolejne, wielkie sale wypełnione marmurowymi posągami, mosiężnymi poręczami, tarasami i Bóg wie czym jeszcze. Wujek ciągle gada i z tego wszystkiego się w końcu zgubił. Gdyby nie ja, pewnie by już pozostał na stałe w swoim ukochanym XIX wieku. Byłby wreszcie spokój. 


Muszę dodać, że fajne było jeszcze ZOO. Zebry, żyrafy, nosorożce, hipopotamy, zwierzęta nocne, no i pokaz tresury fok – który nagrałam aparatem. Ale zdarzyły się też sprawy przykre. Po pierwsze bolały mnie nogi, po drugie szczypią mnie policzki od okularów, po trzecie, nie poszliśmy do cyrku, bo już się skończył spektakl, a wesołe miasteczko też nam jakoś uciekło. Potem, kiedy wujek opowiadał o Placu Bohaterów, słuchałam It’s my life Bon Jovi i nie wiele pamiętam, więc dzień był naprawdę średnio fajny.



2012-09-25 :: Nie ma czasu na głupstwa

Zamek w Wyszehradzie, wczesnym, jesiennym rankiem, wygląda wspaniale, wypiętrzony ostro na tle błękitnego nieba, otoczony zielonymi wzgórzami i koronkowym pasmem mgieł, które rzednąc, rozświetlają Dunaj na czerwono. Jest tu zaklęta w kamieniu wielka historia państwa węgierskiego i sztuczna jak plastyk współczesność, wcielona w woskowe postacie królów, przesiadujących w komnatach, niczym w panoptikonie madame Tissot.


Laszlo mówił mi wczoraj, że za czasów Kadara było lepiej. Piliśmy sześcioletnią barak palinkę, pogryzali słodkie jak lukier winogrona i wspominali młodość. – Wiesz, że dopiero badanie Afryki uzmysłowiło mi dlaczego Gierek brał pożyczki i inwestował w przemysł ciężki? – zagaiłem. - To samo robili W Ghanie, Tanzanii, Egipcie – za radą francuskich ekonomistów. Zachodni uczeni po prostu się pomylili, a potem wszystko spadło na biednego Edka. – I na biednego Janosza – dodał Laszlo – wznosząc kielich.


Ale teraz słońce rozświetla już Wyszehrad, wieje ciepły wiatr, po Dunaju suną wielkie barki wypełnione samochodami i Bóg wie czym jeszcze, a Sonia mówi, że dzień zapowiada się spoko, bo jest fajnie, a zaraz idziemy na termy. Baseny są jeszcze pełne słońca, liści, kasztanów i ciepłej wody, ale już bezludne i zabawa trwa do wieczora. Jest tylko jeden minus. Sonia sobie otarła policzki od plastykowych okularów. Zastanawiamy się też poważnie czy należy odrabiać zadane lekcje, skoro przecież nasza podróż jest nieustanną lekcją kultury węgierskiej. Więc po co tracić czas na głupstwa? 



2012-09-23 :: Najgorszy dzień życia

Dziś był najgorszy dzień w życiu Soni. Po pierwsze był najgorszy dlatego, że w południe wujek zrobił bilans słodyczy i wyliczył, jak stary zgred, że zjadła już: pół tabliczki czekolady, 2 połówki czekoladek nadziewanych marcepanem, 2 gałki lodów oraz dwie kolejne czekoladki i powiedział: „Dość”. Po drugie był to najgorszy dzień w życiu Soni dlatego, że musiała siedzieć 20 minut w basenie termalnym – a nie w olimpijskim. „To było piekło” – podsumowała po upływie kwadransa. Potem coś się zmieniło, bo postanowiła kupić w Sentendre sporych rozmiarów willę z przeszkloną wieżą, wychodzącą na Dunaj. Pieniądze mają pochodzić z wygranej w totolotka, budynkiem ma się na razie zająć bezrobotny wujek. Napisze w nim powieść na miarę Harrego Pottera, zaprzyjaźni się z miejscowymi artystami, w ogóle da się poznać, zanim Sonia nadrobi angielski i przyjedzie do szkoły w Budapeszcie, który przebija nasze miasto pod każdym względem. Choćby wesołym miasteczkiem albo kąpieliskami Seczenistrandu. No i te ciastka. Wytrawne, ale wspaniałe. No i ludzie. No i metro. W ogóle! Jak mówi wujek – zamiast zapierdzianego Krakowa – Wielki Świat.