O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2012-10-21 :: Artysta w Tabacunda

Zmęczony upałem rolnik idący obok małego, drewnianego wózka, ciągniętego przez chudego konika, wyłonił się zza zakrętu nieoczekiwanie. Mocna, czarna sylwetka i ostry, szpiczasty nos zdradzały Wolofa. Bez słowa załadował leżące na poboczu samochodowe koło do środka i niespiesznie ruszył naprzód.


Jego przodek, legendarny przywódca plemienia - Ndiadian Ndiaja, w XIII wieku założył tu królestwo Djolof. Był synem marokańskiego wojownika oraz księżniczki z Futa Toro. I był afrykańskim Hamletem. - Gdy jego ojciec zginął w bitwie, a matka wyszła za mąż za niewolnika, uciekł z domu przed hańbą – opowiada Wolof -Błąkał się samotnie wśród bagien, wyszedł dopiero po latach, żeby rozsądzić spór rybaków. Zaprowadzili go do czarownika, który krzyknął – Ndiadian o! „Nadzwyczajne”. I polecił czcić jak króla. Tak mówi legenda.


W kulturze senegalskiej wszystko miało ludzką miarę. Żeby zostać przywódcą plemienia trzeba było uprawiać politykę: prowadzić kampanię wyborczą, zabiegać o poparcie reprezentującej wszystkie kasty rady elektorów, a po wyborze uzgadniać decyzje ze starszyzną. Taka demokracja, powiedzmy parlamentarna, zawsze była obecna w Afryce!


 - Wszyscy w plemieniu mieli wysokie poczucie godności osobistej. Uważali się za „pięknie urodzonych” i zobowiązanych do odegrania „pięknej roli”, do demonstrowania opanowania, odwagi, prawości, grzeczności, lojalności, wierności i hojności – pisze znawca Afryki, ojciec polskiego prezydenta – Zygmunt Komorowski. Ale co z tego wszystkiego zostało po kolonizacji, kiedy wyrżnięto senegalskich wojów?


Tabacunda, to niewielkie miasteczko, jest tu knajpa, warsztat samochodowy i kino, „Ciemna le Paris”. Kiedy kolejny Woolof zajmuje się naprawą zepsutego nissana wchodzę z drinkiem do małej, dusznej salki kinowej, żeby obejrzeć „Artystę”.


Jean Dujardin jest geniuszem! Michel Hazanavicius jest geniuszem. Widziałem kilka filmów na ten sam temat i wszystkie były strasznie płaskie. Gość traci zawód, odbudowuje się, kształci, wraca do życia – nic! Narracja "Artysty" jest krańcowa. Facet spada na samo dno. Uratować może go tylko przypadek, pomaga miłość psa lecz decyduje miłość kobiety. Tak właśnie bywa w życiu. Berénice Bejo jest przekonywująca. Jest główną bohaterką filmu. No i to wysmakowanie estetyczne – mój Boże! I jakieś jednak podobieństwo do własnego losu…


Kiedy wzruszony wychodzę z seansu nad miasteczkiem wiszą już ogromne gwiazdy. Grają afrykańskie świerszcze. Ciepły wiatr rozwiewa piach na drodze.



2012-10-20 :: Droga do Tabacunda

Szosa jest niemal pusta. Wokoło coraz częściej widać wielkie, życiodajne drzewa, które, jak mówi obiegowe powiedzonko – szatan posadził korzeniami ku niebu. Baobaby wypełniają życie mieszkańców sawanny od urodzenia aż do śmierci: niemowlęta są myte w naparze ze sproszkowanych liści, a w dziuplach drzew grzebie się plemiennych griotów – opowiadaczy, pieśniarzy, dziejopisów, satyryków, muzyków i artystów - lokalnych Homerów. Tradycyjna kultura splata się tu z naturą, tworząc wielką kosmiczną, nierozdzielną jedność!


Baobaby są dobroczynne. W otworach ich wielkich pni gromadzi się smaczny sok, z kory powstaje włókno służące do wyplatania koszy. Owoce, zwane „małpim chlebem”, można jeść, robić z nich smaczne mleczko, palić jak tytoń, przerabiać na mydło albo dodawać do ognia podczas wędzenia ryby. Gałązki stanowią składnik zup, ususzone liście to podstawa sosu too, przypominającego smakiem szpinak... Baobab ma również właściwości lecznicze: napary i sproszkowane części drzewa leczą: astmę, dyzenterię, anemię, owsiki, odrę, różyczkę, łagodzą ból po ugryzieniu insektów...


50 km od Tambacounda, w szczerym polu, mój stary nissan złapał gumę, potoczył się z piskiem w bok, zipnął i zamarł. Wokoło było pusto. Tylko wiatr, dla zabawy, porywał z szosy wielkie kłęby piasku, stawiał pionowo na baczność, a potem wprawiał w szalony taniec…


Sięgnąłem po senegalskie piwo La Gazelle, o zawartości 4,5 procent. Poczułem głęboki spokój. Tak daleko od Babilonu! 



2012-10-14 :: W drodze

To już Senegal. Od morza wieje łagodny Alize, ożywcza bryza niesie zapach ryb i cierpki aromat wodorostów. Na plaży, ciągnącej się wzdłuż drogi, rybacy z plemienia Lebu układają czerwone dorady, różowe karpie, białe sole, płaty rekina, ogromne tuńczyki, mieczniki, lotty o świetnym, delikatnym mięsie i najwykwintniejsze - thiofy.


W pobliskiej wiosce odbywa się ceremonia „ndoep”: rytualny trzydniowy taniec, w trakcie którego matki, żony i dziewczęta, przywołują duchy przodków. Przystrojone w kolorowe tuniki, tańczą, podskakując wysoko w górę i rytmicznie wymachują ramionami. Wpadają w trans, padają na ziemię, dostają drgawek, mdleją.


Kiedy nadciąga święty wiatr – barwy gasną. Poprzez tumany kurzu widać tylko kontury tańczących, które mnożą się i zwielokrotniają, jak zawsze, kiedy duchy zstępują na ziemię. Zwabieni magicznym rytuałem zmarli krewni przybywają, żeby dodać ludziom nadziei: uleczyć chore dziecko, zapobiec nieszczęściu, zapewnić powodzenie. Jeśli ich interwencja nie pomoże, nocą swe rytuały rozpoczynają kapłani Rab – afrykańskiego voo doo...


Duchowość Senegalskich plemion fascynuje. Liryczni Sererowie – niegdyś wyznawcy reinkarnacji - mają uzdolnienia hipnotyzerskie, jasnowidzą, posługują się telepatią i bilokacją – w razie potrzeby mogą się transformować, podczas snu, do krewnego oddalonego o setki kilometrów, aby udzielić mu wsparcia i pouczeń. Nieujarzmieni Diola wierzą, że każdy człowiek ma duchowego sobowtóra – zwierzę, które musi odnaleźć w świętym lesie i którym się musi opiekować. Nieustraszeni Wolofowie – niegdyś Strzelcy Senegalscy – spotykają się nocą ze zjawami. Żyją z nogami na ziemi ale z głową w chmurach!


A dookoła święte baobaby…