O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2012-11-11 :: Burza

Prospero szedł po miękkiej jak cukier plaży Tangeru obramowanej delikatną, ruchliwą koronką z piany morskiej. Za sobą pozostawił magiczne miasto - białą pelerynę, udrapowaną na wzgórzach Afryki. Tanger to brama tajemnicy – myślał - stolica wyobraźni, kraina energii, dziwaczna wyspa, a może również słodko zdeprawowana wersja raju.


Przez chwilę śledził światła Gibraltaru i ruchliwy, punktowo rozpraszający morze, reflektor latarni. Padał drobny deszcz, łagodny początkowo wiatr – Ariel – zgęstniał nagle i wkrótce całe niebo pociemniało od zimnej jak atrament złości. Zdawał sobie sprawę, że burza jest nieuchronna…


Usiadł na płaszczu. Pomyślał, że będzie w milczeniu oglądał nadciągającą katastrofę. Nie czuł nic. To nie był jego spektakl. Niebo pokazało mu wczoraj odległą wyprawę. Dawne życie pozostanie daleko, jak Tanger – obce, zapomniane, może nawet śmieszne. Skończył się dramat - nadeszła pora na komedię.



2012-10-31 :: Azawad

Do Timbuktu prowadzi wyboista droga. Wokoło wiruje żółć i pastelowa zieleń akacji. Powietrze jest suche, twarde, przesycone piaskiem, podbite ostrym słońcem, które wypala wokół przedmiotów mocne, czarne kontury. Sahara!


Z powodu  konfliktu zbrojnego wszyscy ostrzegają, żeby tu nie jechać. A przecież niebezpieczeństwo wisiało w pustynnym powietrzu już od lat. Islamscy terroryści, kombatanci krwawej wojny domowej w Algierii, zadomowili się na Saharze. Zamieszkali w małych, trudnodostępnych oazach. Pożenili z dziewczętami z mauryjskiego plemienia Berabiszów, weszli w klany i przejęli władzę. Wkrótce zaczęli ubezpieczać konwoje na słynnym szlaku kokainowym: z Ameryki Południowej - przez Senegal - Mauretanię – Mali – Niger – do Egiptu i do Europy. Zaczęli porywać dla okupu zagranicznych turystów. Organizować zbrojne wypady do Maroka, Algierii, Tunezji... Potem, po upadku reżymu Kaddafiego, ich koledzy z doborowych jednostek komandosów, przybyli z bronią do Mali, gdzie założyli własne państwo. Azawad. Kraj Tuaregów.


Wzdłuż drogi ciągną się wyryte w piasku ślady manewrujących samochodów. Rozklekotany bus wskakuje rytmicznie w koleiny i po chwili znów wraca na szosę. Zmęczeni, podskakujący na wybojach pasażerowie, mają szare, spocone twarze obwiązane zawojami. Małymi łykami pociągają wodę z plastykowych flaszek. Przecierają słoneczne okulary.


Wokoło wyrastają gliniane domki, piaszczyste uliczki, senne osiołki, obciążone towarami codziennego użytku, rozbrykane, czarne dzieciaki, wyciągające dłonie po cukierki... No i wszystko. Tak wygląda mityczne Timbuktu. W około nie ma złotych ulic, wielkich, białych pałaców, lśniących iglic, przecinających błękit nieba. Przypominam sobie list sułtana al-Mansura, który w XVI wieku pisał do przyjaciół: „Trzeba wam wiedzieć, na dowód bogactwa tego kraju, że przecina go rajska rzeka, rezerwuar miłosierdzia bożego. Jej wody płyną przez ogród i pozwalają rosnąć w obfitości owocom i zbożom... Ten kraj jest cudem, jakie istnieją tylko w snach”. Niestety, w ciągu wieków Niger się po prostu cofnął.


Do serca Azawadu jedzie karawana…



2012-10-23 :: Madame Buffe

Madame Buffe ma ogromne orzechowe oczy i nosi związaną w turban kolorową chustę. Kiedy opowiada mi, przy kawie i słodkich ciasteczkach, o swoim życiu u boku męża lenia, fajtłapy, erotomana, pijaka, no w ogóle wielkiego zera, który potrafi tylko chlać i robić dzieci, myślę z wdzięcznością o swojej nauczycielce języka francuskiego. To dzięki jej uporowi, my, młodzi chuligani z Nowej Huty, pokochaliśmy język Wiktora Hugo. Jak to zrobiła? Nie wiem. Wiem jednak, że większość kolegów, cierpiących dziś na przypadłości opisane przez Madame Buffe – ma jakiś cień sentymentu do Paryża, jego piosenek, a choćby do calvadosu, armaniaku,  bojole.. namiastek kultury francuskiej. Podaliśmy sobie dłonie w progu kawiarni. Jej ręka była delikatna i wilgotna.


Z oddali zobaczyłem miasto - podpierające niebo białe wafle wieżowców, powtykane niedbale w szachownicę ulic, rozlewających się na obrzeżach w afrykańskie slumsy. Chodnikami władał kolorowy tłum: żebrzące dzieci, czarni jak heban sprzedawcy toreb - podrabianych perfum, zegarków, okularów, koszulek - posiadacze ręcznych wózków i ulicznych straganów; wreszcie pędzący przed siebie przechodnie w jaskrawych koszulach. Jezdnie przecinały żółto-niebieskie carrapidy i stare, spocone, cytrynowe, taksówki. Wszystko w około żyło: gorąco, ruchliwie, tłocznie, szybko i radośnie, biegło, śmiało się, klaskało w dłonie, pokrzykiwało, puszczało muzykę tańczyło i śpiewało.


Nagle przypominałem sobie wiersz Senghora: „Jesteś chora z tęsknoty za Dakarem, za tym niebem i tym piaskiem, i morzem. Ja tęsknię za tobą jak za młodzieńczym szczęściem w jesieni...” Wiatr niósł zapach oceanu – świeżych ryb i morskich wodorostów.