O mnie
Galeria
Wystawy
Teksty
Film
Książki
Księga gości
Kontakt
strona główna

2014-04-23 :: Niedziela Mistrza

Mistrz przemierzał śliskie, białe korytarze Szechenyi Furdo, usłane basenami, oprawionymi w klasyczne łuki i kolumny, bo cały styl budowli jest wiedeńsko-neobarokowy, kuracjusz czuje się tu jak w teatrze Słowackiego, i taki był pewnie zamysł architektów – że to niby teatr natury. Ze względu na święta, białe baseny wypełniali wyłącznie kolorowi: hinduski bez mężów, skośnoocy z żonami i dziećmi, a w osobnej, półokrągłej sali, przesiadywało sześciu czarnych animistów. Mistrz ruszył prosto do nich.


- Jumbo,habari ya asubuhi – rzucił w suahili.


- Karibu ndani tafadhali, keti tafadhali – odpowiedzieli uprzejmie.


-Ume kuja kutoka wapi? – zapytał o kraj pochodzenia i usłyszał – Nime toka Gabon. Od tej pory rozmowa toczyła się po francusku.


Afrykanie, zaproszeni do Budapesztu przez fundację zajmującą się ochroną praw człowieka, robili tu za twardych opozycjonistów, (czemu Mistrz nie specjalnie dowierzał) dlatego co chwila robili aluzje do korupcji, pokazując przy tym białe zęby. – Macie za prezydenta niezłego sk… syna – skomentował Mistrz, wywołując uśmiechy zadowolenia na twarzach „ofiar reżymu”, które zamiast wypluwać płuca w więzieniu „Czarna Plaża” w Liberville, kąpały się w budapesztańskich termach i opychały gulaszem. – Ali Bongo jest przeskurwysyn – wyrzucił z siebie po namyśle szef delegacji. – My, jako opozycja, jesteśmy bez szans. Czekamy na pomoc z Zachodu.


- Naweza kupata wapi kinywaji? – zapytał drugi delegat, a jego mina zdradzała, że ma na myśli alkohol. Rozbawiony Mistrz wysłał Gabończyków do bufetu proponując wypróbowanie starej węgierskiej metody – seta palinki + łaźnia parowa lub kąpiel w temperaturze + 45. Skąd miał wiedzieć, że za chwilę pojawią się wolontariusze z węgierskiej fundacji, poszukujący pijanych Gabończyków, którzy mieli wygłosić przemówienie na temat praw człowieka w Afryce. – Palinka tres bon! - krzyczał na pożegnanie najtęższy delegat.- Njia hii ina-enda wapi… – wykręcał się z uchwytu wolontariusza kierownik ekspedycji.


Wieczór wyciągnął Mistrza na włóczęgę po mieście. Vaci utca była wypełniona po brzegi. Kapele uliczne grały jazz, na straganach sprzedawano połyskliwe pamiątki, a pobliski Dunaj przemierzał ogromny statek z napisem „Russkij komfort”.


 Tłum, który korzystał z tych wszystkich dóbr, składał się z obcokrajowców: Niemców, Włochów, Austriaków. Węgrów też można było rozpoznać od razu: nosili straszliwe, tanie wdzianka z miejscowego MHD, żałosne materiałowe portki, powyciągane swetry, połatane kurtki, wytarte kaszkiety. Byli, jak czarni z Gabonu, ofiarami korupcji, złych rządów i liczenia na Zachód. Tylko nikt im nie zafundował biletu do termy.



2014-04-22 :: Husvet

W Sahach Mistrz skręcił na Homok. Dalej pociągnął na południe, na przełaj, drogą skręconą jak bicz, pełną dziur i krwawych resztek rozjechanych jeży. Przez okno wpadał zielony zapach pogranicza: aromat podmokłej łąki, olszynowych lasków, małych potelek winorośli, spłachetków brązowej ziemi.


Osady były puste i smutne. Ipelski Sokolec, Valosmikola, Salka… Miejscowe kobiety przygotowywały właśnie Husvet: zupę z kiełbasą, steki z karkówki, porkolot, wyrabiały baby... Mężczyźni wypełniali karafki grappą i spuszczali z beczek najlepsze wina.


Istotą tych stron było trwanie. Powolne egzystowanie w świecie prowizorycznym i niedokończonym. Ludzie pogranicza, wkrótce po narodzeniu zapadali w dziwny letarg, przyklejali się do pejzażu, jak ślimaki, kulili w zieleni i brązach - trwali, usiłując przeczekać życie od narodzin do śmierci. Robota w polu była ich wyrokiem i jedynym usprawiedliwieniem przed Bogiem, za zmarnowane życie.


Pociechą mężczyzn było wino, spożywane w przydrożnych czardach i podczas uroczystości rodzinnych. Kobiety rodziły dzieci, a potem gubiły się w setkach domowych obowiązków. Dzieciaki jeździły po okolicy na drewnianych hulajnogach, dorastały do pracy albo umierały. Ludzie pogranicza żyli od pożaru do powodzi, od moru do wojny. Husvet był ich nagrodą, przerwą w odbywaniu kary.


Mistrz zatrzymał samochód. Podszedł do przydrożnego krzewu bzu i zanurzył twarz w stożkowatym kokonie białych kwiatów. Poczuł to.  Słodki, intensywny zapach lilaków, był wonią dzieciństwa. Zapachem babci, która stawiała w salonie wilgotny wazon ściętych kiści, magiczną obietnicę przeżyć, intuicyjną i niejasną.


Prom w Szobie był pordzewiały i pusty. Stateczek, z napisem „ferrybooot, przytwierdzony do lśniącej od deszczu platformy, przypominał dawno zamierzchłe czasy. Tak samo wyglądał kapitan – wąsaty dziadek w podziurawionym swetrze, od którego na dwa metry czuć było palinką. Mistrz wjechał autem na prom i wysiadł. Dunaj był ołowiano szary, pofałdowany drobnymi falami, mokry od wiatru.


Po drugiej stronie, na brzegu, stał zniecierpliwiony Geza. – Cały dzień na ciebie wyczekuję, wino odstane, stara zrobiła pieczeń z kapustą, nie można ciągle odgrzewać…


Kiedy weszli do chaty, gospodarz napełnił kieliszki gęstą juchą. Wino składało się z czterech gron – objaśniał - był tam zweidgeld, kekfrankos i jakieś szczepy z Egru… - Jeździłem z nim do laboratorium, jak we Francji – chwalił się Geza, popatrując czujnie. Mistrz spróbował bukietu. Było w nim lato pogranicza – maliny, jeżyny, porzeczki, wiśnie, dym ognisk i suszone śliwki… Pierwszy łyk oddawał harmonię zapachu. Wino idealnie łączyło mieszaninę soków – przynosiło opowieść o ostatnim roku w życiu okolicy: upałach, wyciskających z ziemi resztki wilgoci, burzach, lotach ptaków, narodzinach i śmierciach - pozostawiając na końcu języka nutę miodu, jak obietnicę zbawienia.


 Na stół wjechała pieczeń z białym, miękkim chlebem, który upiekła Gezowa. Za oknem słychać było ludową kapelę:  Zöld az erdő, zöld a hegy is. A szerencse jön is, megy is. Gondok kése husunkba vág, képmutató lett a világ. Mistrz poczuł, że  Husvet się rozpoczął... 



2014-04-18 :: Powrót Mistrza

Mistrz wrócił. Usiadł w fotelu, nie zdejmując płaszcza, i niedbałym ruchem rzucił kapelusz na stolik. Po chwili milczenia zaczął dyktować:„


Tym wszystkim, którzy odwiedzają tę stronę z życzliwości dla autora, albo wiedzeni ciekawością, co u niego słychać, życzę, na nadchodzące święta, aby nie dali się zwieść tanią ofertą medialnego bleblania i znaleźli w sobie przestrzeń metafizyczną.


Tym wszystkim, którzy odwiedzają tę stronę z nienawiści do autora, żeby go szpiegować, wykrzywiać myśli, szydzić itd. życzę wielu udanych sesji terapeutycznych i skutecznego leczenia preparatem prozac. Czas daje sobie radę z pamięcią”.


Zauważyłem, że posiwiał. Zapuścił wąsy, które oszroniły wąskie wargi, trochę utył. Życzyłem mu napisania książki i w ogóle… Żeby sobie dał radę z losem, w którym pamięć bywa istotniejsza od upływającego czasu. Alleluja!